Wyszukiwarka
Reklama
Panel użytkownika
Ankieta
Czy planujesz w tym roku kupić Xbox One „Project Scorpio”?

Społeczność







Europejska centrala firmy Microsoft po raz drugi z rzędu zorganizowała dla przedstawicieli społecznościowych portali o Xboksie 360 imprezę, podczas której można było przyjrzeć się bliżej kilku ostatnim perełkom mającym wyjść w tym okresie świątecznym, jak również wyczekiwanym tytułom zapowiedzianym na początek przyszłego roku. W otoczeniu pól golfowych pod Londynem mogliśmy sprawdzić między innymi Left 4 Dead, Prince of Persia, Lips, Resident Evil 5, Halo Wars czy też Ninja Blade. Poniżej krótki opis wrażeń na temat sprawdzonych pozycji. 


Banjo-Kazooie: Nuts & Bolts



Na miejscu spotkaliśmy się znowu z Elissą Miller, która gościła w Polsce na początku września. O grze wiadomo chyba wszystko, na Rynku czeka demo, a pewnie każdy zainteresowany chce już położyć ręce na wersji sklepowej. Nasz szczegółowy playtest można przeczytać w tym miejscu. Wkrótce recenzja.





Bionic Commando



Niestety przygody faceta z metalową ręką przeniesione do 3D nadal nie wyglądają zbyt interesująco i mimo przesunięcia premiery na przyszły rok chyba nie wyjdzie z tego żaden mocarny tytuł, warty większej uwagi ze strony graczy - w tym fanów klasyka. Jeśli od czasu wersji demonstracyjnej prezentowanej w trakcie Games Convention panowie ze studia GRIN coś zmienili, to nie było tego na tyle dużo, by dało się to zauważyć.

Wszyscy łapiący za pada i próbujący swoich sił z nowym Bionic Commando mają olbrzymie problemy z opanowaniem sterowania. Jest ono strasznie udziwnione i mało intuicyjne. Dlatego też na początku musimy zaliczyć niezwykle rozbudowany trening, który pozwala się z nim oswoić zanim ruszymy w prawdziwy bój. Najgorsze jest to, że zwykle mamy ułamki sekund, aby dobrze wycelować w jakiś element otoczenia i wystrzelić w jego stronę hak. Samo przejście samouczka to nie lada wyzwanie, nadające się w sam raz dla największych hardkorowców. Jeśli coś się w tej kwestii nie zmieni do dnia wrzucenia produkcji na półki sklepowe, to bez ostrych słów na ten aspekt się nie obejdzie.

Sama rozgrywka to zwykłe szukanie drogi do celu nad przepaściami, zawalonymi budynkami czy między wielkimi wieżowcami. Czasem trzeba się postrzelać z napotkanymi przeciwnikami albo rozwiązać mini-grę polegającą na przejęciu jakiegoś punktu kontrolnego. Tak to przynajmniej wyglądało na tym etapie gry. Znacznego urozmaicenia raczej nie należy się spodziewać. Nie powala także oprawa graficzna, która nie wybija się ponad średni poziom obecnej generacji. Widoki są całkiem fajne, ale raziły liczne niedoróbki - poszarpane cienie, słabej jakości tekstury.

Wielkiego hitu z tego tytułu na pewno nie uda się już nikomu zrobić. Pozostaje mieć nadzieję, że twórcy zdążą przez te kilka najbliższych miesięcy usprawnić swój produkt na tyle, by nie okazał się wielką klapą. Potencjał jest, być może z czasem zabawa się rozkręca, ale ciężko w tej chwili patrzeć w przyszłość z optymizmem.





Gears of War 2



Początek imprezy wypadł dokładnie 7 listopada, czyli w dzień światowej premiery Gears of War 2. Od dłuższego czasu możecie przeczytać u nas recenzję tej wyczekiwanej produkcji, a zapewne sami już zdążyliście się dokładnie z nią zapoznać. Impreza The Gathering udowodniła jednak, że tryb Horda jest naprawdę świetnym dodatkiem. Nie ma to jak pięć osób siedzących obok siebie, podpowiadających gdzie strzelać i współpracujących, by przejść do kolejnej fali. Do tego później przyszła pora na zabawę w trybie Wingman (2vs2vs2vs2vs2) i nie ma nic piękniejszego niż pokonanie ludzi z Epic Games (Maury Mountain oraz Matt Hancy) w ich własnej grze. Szkoda, że tak rzadko mamy okazję przekonać się, iż na LANach zabawa jest najlepsza - możliwość poznania swojego rywala, prawdziwe emocje, a nawet zaglądanie w telewizor przeciwnika tworzą niepowtarzalny klimat.





Grand Theft Auto IV PC



Może nie znajdzie się wśród czytelników naszego portalu zbyt wielu pasjonatów grania na komputerach osobistych, ale z obowiązku warto wspomnieć o interesującym pokazie zorganizowanym przez Neila Stephena oraz Grega Wellera z Rockstar Games na temat Grand Theft Auto IV dla Games For Windows Live.

Panowie skupili się oczywiście na wymienieniu różnic pomiędzy wersjami konsolowymi a edycją przygotowaną z myślą o PC, w tym również wskazaniu kilku interesujących nowości. Zacznijmy od tego, że gra wygląda obłędnie, znacznie lepiej niż w oryginale. Zniknęło to denerwujące rozmycie obiektów znajdujących się w oddali - otoczenie jest ostre jak żyleta. Do tego dochodzą ładniejsze efekty wybuchów, czy też możliwość regulowania natężenia ruchu na ulicy. Prezentacja odbywała się na telewizorze, więc na monitorze byłoby jeszcze cudniej. Nasuwa się jednak jedno zasadnicze pytanie. Czy warto wykładać sporą sumę pieniędzy na komputer potrafiący w takim stopniu obsłużyć GTA IV na najwyższych detalach, czy lepiej kupić za kilkaset złotych konsolę Microsoftu?

Za pierwszym rozwiązaniem może przemówić chyba tylko największa nowość, którą Rockstar przygotowało specjalnie z myślą o opisywanym wydaniu - edytorze filmików wideo. Narzędzie jest naprawdę potężne i za jego pomocą da się stworzyć coś interesującego. Wybieramy sobie fragment misji czy wędrówki po Liberty City, ustawiamy dowolnie kamerę, korzystamy z gotowych, nakładamy filtry albo nawet korzystamy z utworów ze ścieżki dźwiękowej robiąc z nich podkład. Przedstawiciel Rockstar najpierw wykonał słynną misję z napadem na bank, a następnie zrobił klip pokazujący wysadzenie z rakietnicy helikoptera oddziału specjalnego. Wyglądało to świetnie i mogło się podobać.

Kiedy stworzymy własny materiał wideo i spełni on określone wymagania związane z długością, to da się go załadować na portal Social Club, gdzie inni mieszkańcy Liberty City będą mogli sobie zobaczyć nasze dzieło. Gdybyśmy chcieli zrobić coś dłuższego i bardziej rozbudowanego (przykładowo długa relacja z wykonanej misji lub jakiś zabawny montaż kilku akcji), to zapiszemy plik na dysku i sami załadujemy na YouTube czy inny podobny serwis. Zapewne sieć zaleją przeróżne filmiki, mniej lub bardziej wesołe.





Guitar Hero: World Tour



Pełną wersję Guitar Hero: World Tour właśnie testujemy i w najbliższym czasie opublikujemy recenzję, więc tutaj również nie będziemy wnikać w szczegóły. Dzięki The Gtahering na własne oczy przekonałem się, że przy użyciu takiej gry można stworzyć naprawdę ciekawe widowisko. Scena, profesjonalne światła, nagłośnienie i grupa kilkudziesięciu osób - taki zestaw wystarczy, by zrobić mini-koncert i wspaniałą imprezę, podczas której ludzie tańczą, śpiewają i świetnie się bawią. Do tego zobaczenie Graema Boyda, znanego szerzej jako AceyBongos, przebranego za muzyka rockowego z lat 70. - bezcenne.





Halo Wars



Po przejściu Halo 3 moje zainteresowanie uniwersum stworzonym przez Bungie strasznie zmalało. Zawiodłem się na ostatnich kosmicznych perypetiach Master Chiefa i nawet zapowiedź wydania wersji Recon jakoś nie podziałała na mnie entuzjastycznie. Jednak temat walki ludzi z najeźdźcami przyciągnął ponownie moją uwagę po zagraniu w Halo Wars.

Halo Wars to strategia czasu rzeczywistego tworzona przez ostatnie kilka lat w zaciszu studia Ensemble, które ma na swoim koncie choćby serię Age of Empires. Gra pokazuje wydarzenia sprzed Halo 1, pierwsze starcia oddziałów USNC z Convenantami. Demko pochodziło z Tokyo Games Show i pozwalało przejść jedną szybką misję oraz obejrzeć krótki przerywnik będący animacją komputerową. Wyglądał on naprawdę okazale - najpierw przedstawiono sam początek konfliktu, narrator mówił o zwycięstwach, lecz potem przyszedł czas na liczne porażki i pięć długich lat ciężkiej wojny. 

Misja nie była specjalnie rozbudowana. Dostaliśmy pod swoje dowództwo spory oddział żołnierzy, bazę produkującą jednostki i zbierającą surowce, a jedynym zadaniem było zniszczenie siedziby wrogów. Ciekawym doznaniem jest już samo spojrzenie na to, co się dobrze zna od kilku lat z całkiem innej perspektywy. Bardzo ważne w RTSach jest sterowanie i widać, że od samego początku Ensemble pracowało nad tą grą z myślą o konsoli. Zarządzanie armią jest niezwykle przystępne i nie sprawia najmniejszych problemów. Jeśli ktoś miał okazję zagrać w którąś z dostępnych obecnie strategii, to tym bardziej poczuje się jak w domu. Najważniejsze czynności przypisano "kolorowym" przyciskom, a część opcji ukryto w wyskakującym kolistym menu (wybór rodzaju nalotu itp.). Jest też szybkie zaznaczanie jednostek czy też łatwe przeskakiwanie pomiędzy nimi.

Sama rozgrywka to oczywiście czysty RTS, z tworzeniem armii, organizowaniem ataków czy obroną swojej bazy (w miejscu zniszczonej przeciwnika da się po chwili postawić kolejną własną). Miło, że Ensemble oddało charakterystyczne zachowania konkretnych uczestników wojny - Gruntsy uciekają w popłochu, żołnierze w Warthogach rozpędzają swoją furę i najpierw próbują rozjechać, a potem dopiero walą z karabinu, natomiast Spartanie atakujący czołg Convenantów efektownie na niego wskakują i za wszelką cenę starają się przejąć. Uśmiech na twarzy pojawia się mimowolnie.

Od strony graficznej Halo Wars nie powala na kolana, ale wygląda solidnie i co najważniejsze nie gubi klatek. Mamy charakterystyczną kolorystykę, kojarzoną ze starszymi filmami science-fiction. Muzyka to z kolei najwyższa światowa półka, ponieważ słyszymy znane z serii Halo melodie i odgłosy walki. Miłośnikom uniwersum oraz porządnych konsolowych strategii pozostaje wytrzymać do lutego przyszłego roku - jest na co czekać!





Left 4 Dead



Interesujących gier o zombie nigdy za wiele. Coś od siebie postanowiło do gatunku dorzucić także studio Valve, tworząc mocno nastawiony na kooperację tytuł Left 4 Dead. Na Rynku Xbox Live można znaleźć już demko i samemu przyjrzeć się rozgrywce. My mieliśmy okazję pobawić się chwilę pełną wersją, słuchając przy okazji komentarza jednego z producentów - Cheta Faliszka.

Strzelanka opiera się na bardzo prostym schemacie - znajdujesz się w składzie czwórki ocalałych i musicie z jednego pokoju bezpieczeństwa dostać się do drugiego. Droga jednak nie jest prosta, bo wszędzie, w każdym zakamarku, czają się dziesiątki żądnych świeżego mięsa zombiaków. Dlatego też bierzesz do ręki któryś z leżących na stole karabinów, do tego apteczkę i ruszasz do boju. Najważniejsza jest tutaj współpraca z partnerami, ponieważ samotna szarża do przodu raczej szybko skończy się zgonem albo otoczeniem przez hordę stworów. Co chwilę napotykamy mniejsze lub większe grupki, a czasem zdarzy się, że ruszy w naszą stronę z 20-30 sztuk. Wtedy nawet najmocniejszy karabin nie pomoże, bo w końcu trzeba przeładować magazynek. Inną ważną cechą gry jest olbrzymia szybkość rozgrywki. Obracanie się, poruszanie - wszystko wydaje się błyskawiczne, zwłaszcza kiedy kilka godzin wcześniej cały wieczór grało się w Gears of War 2. Jest chyba nawet za szybko, bo powoduje to spory chaos i zamieszanie.

Chodzi o czystą rzeź i rozwalanie przeciwników, żadnego taktycznego myślenia. Nie licząc tego, że trzeba trzymać się w grupie. Mnie osobiście taki model zabawy nie przypadł do gustu. Brakuje mi jakiejś większej głębi. Ot, maksymalnie cztery osoby mogą sobie wspólnie przechodzić krótkie epizody utrzymane w nieco filmowym stylu i zabijać zombie, próbując przetrwać w świecie opanowanym przez te monstra. Nie ma tu jakiejś fabuły, wciągającej historii, mamy do czynienia ze zwykłą, beztroską rzeźnią w różnych sceneriach. Do mnie po kilkudziesięciu minutach spędzonych z grą taki pomysł nie przemawia. Cieszy sporo rodzajów zombie, smuci natomiast dość uboga oprawa graficzna. Jednak to ostatnie stanowi zapewne wynik zdecydowania czy stawia się na płynność, czy na efekty. Valve wybrało to pierwsze. Premiera sklepowa 21 listopada. Zapewne w okolicach tej daty dokładniej przyjrzymy się L4D i wtedy zobaczymy czy po dłuższej chwili powyższe rzeczy przestają przeszkadzać, a masowa eksterminacja chodzących trupów nie nudzi się zbyt szybko.





Lips



Karaoke to pomysł na tyle stary, że chyba nikogo nie jest w stanie zdziwić śpiewanie do przelatującego na ekranie tekstu. Odmian było już wiele, jednak robienie gier opartych na tej idei do perfekcji opanowało Sony ze swoim SingStarem. Na fali popularności gatunku tytułów muzyczno-rytmicznych również Microsoft musiał poszerzyć swoją ofertę pozycji nadających się dla każdego. Stąd też decyzja o stworzeniu i wydaniu Lips.

Nie ma co się rozwodzić nad detalami, ponieważ zabawa ogranicza się po prostu do próby wiernego naśladowania wykonawców piosenek zawartych na ścieżce dźwiękowej. Za mieszczenie się ze swoją barwą głosu w określonych ramkach jesteśmy nagradzani punktami i tyle. Można pobawić się w kooperacji albo powalczyć ze znajomym o miano lepszego piosenkarza. Cieszy solidne wykonanie mikrofonów i fakt, że są bezprzewodowe. Zestaw utworów na krążku powinien zadowolić każdego, gdyż rozrzut gatunkowy jest spory. Do pełni szczęścia brakuje tylko zlokalizowanej wersji z kilkoma polskimi kawałkami. Kto wie, może w przyszłości się taka ukaże. Niestety nie dane mi było podłączyć iPoda i sprawdzić w akcji rozgrywki z własnymi piosenkami. Jeśli ktoś czekał na podobną produkcję dla konsoli Xbox 360, to niech szuka jej w sklepach od 21 listopada.





Need For Speed: Undecover



W relacji z Games Convention raczej niezbyt optymistycznie wyrażałem się o nowej odsłonie wyścigowego tasiemca Electronic Arts - Need For Speed: Undercover. W trakcie The Gathering można było przyjrzeć się nowemu demku lub nawet pełnej wersji. Niestety mój dotychczasowy pogląd nie uległ znacznej poprawie, a negatywne wrażenia nie zostały całkowicie zatarte z pamięci.

Mimo wszystko od razu dało się zauważyć, że od sierpnia poczyniono ogromne postępy w optymalizacji kodu i naprawieniu niedoróbek. Pamiętam jak panie hostessy w Lipsku nie pozwalały jeździć po mieście, by czasem nie zobaczyć jak połowa elementów wyskakuje nam przed maską. Potrafiono na szczęście ograniczyć dogrywanie otoczenia, ale nadal nie powala ono na kolana. Centrum metropolii prezentuje się całkiem znośnie, ale na obrzeżach jest już średnio. O tyle dobrze, że widzimy spore zróżnicowanie - od wielkich szklanych domów, po zwykłe chatki

Model jazdy sprawuje się nieco topornie przy pierwszym kontakcie. Samochód wydaje się zbyt ciężki - trudno nim lekko zmienić tor jazdy, za to łatwo prześlizgnąć się przez zakręt. Nie jest jednak źle, zapewne po dłuższym czasie spędzonym z grą można się przyzwyczaić i ładnie pokonywać kolejne przeszkody na trasie. Dorzucono też coś na wzór kar za złą jazdę - kiedy łamiemy prawo, to wyskakuje czerwony napis prezentujący sumę, jaką pewnie będziemy musieli zapłacić, gdy złapie nas policja. Szykuje nam się kolejna odsłona Need For Speed, nie wybijająca się niczym specjalnym ponad to, co widzieliśmy przez ostatnie kilka lat. Na szczęście wrócono do pomysłu z otwartym miastem, ściganiem się ze stróżami prawa i nielegalnymi wyścigami. Premiera 21 listopada.






Ninja Blade



Klon Ninja Gaiden? Na to wygląda. Znowu wcielamy się w wojownika z wielkim mieczem i innymi gadżetami charakterystycznymi dla azjatyckich bohaterów, który nie boi się wyskoczyć z lecącego ponad futurystycznym Tokio helikoptera czy zbiec po pionowej ścianie. From Software ma jak widać podobne podejście do tematu, ale czy to źle?

Była to kolejna wersja jakiegoś tytułu opisana jako "TGS demo" - nie oferowała niestety zbyt wiele. Mogliśmy wcielić się w bliżej nieznanego głównego bohatera, który rusza do walki z przeróżnymi maszkarami, by na końcu stawić czoła ogromnemu pająkowi, wspinającemu się wzdłuż wieżowca. Od razu dają o sobie znać interaktywne scenki (QTE). Jest ich po prostu od groma i co chwilę musimy wykazywać się refleksem we wciskaniu określonych przycisków. Jeśli tak ma być w pełnej wersji, to obawiam się, że prędko zacznie to irytować. Warto zaznaczyć, że nasza szybkość jest również oceniana, ponieważ po zaliczeniu pokazuje się napis "Perfect", "Good" i im podobne.

Deweloperzy stawiają mocno na widowiskowość. Zarówno pod względem samej walki, jak i ślicznej oprawy graficznej. Do dyspozycji była zwykła katana, coś w stylu nunchaku oraz wielka kosa, tnąca nawet stawiające mocny opór maszkary, przypominające przemienionych jakimś wirusem ludzi. Miłym dodatkiem jest możliwość szybkiego przełączania się między tymi broniami, bez potrzeby wchodzenia do inwentarza. Sam system walki nie wydawał się jakoś mocno skomplikowany. Bez problemu można było wyprowadzać ataki tworzące wiry, powalające przeciwników i pozwalające wykonać efektowne wykończenia. Jest jeszcze tryb Ninja Vision, spowalniający czas, co umożliwia robienie uników i łatwiejsze zbliżenie się do wroga.

Demko można było ukończyć w około pięć minut, więc nie pokazywało ono za dużo. Dało jednak obraz tego, czego należy spodziewać się po Ninja Blade. Fani tego typu siekanek, a zwłaszcza maniacy przygód Ryu Hayabusy, powinni być zadowoleni i raczej chętnie sięgną po ten tytuł na początku 2009 roku. W tej chwili wygląda mi to na nieco przemodelowane Ninja Gaiden, z autorskimi rozwiązaniami From Software i mniej kiczowatym klimatem. Do mnie przemówiło bardziej niż ostatnie dzieło Tomonobu.





Prince of Persia



Nowy bohater, inny świat i tylko wspólny tytuł. Deweloperzy z Ubisoft Montreal podjęli bardzo słuszną decyzję - odcięli się od wcześniejszych przygód w baśniowych krainach i postanowili zrobić coś całkiem nowego dla konsol obecnej generacji.

Historia zaczyna się dość niewinnie - podróżujemy sobie po pustyni, szukając osła, na którym trzymaliśmy górę złota. Nasz zawadiaka trafia przypadkiem na księżniczkę Elikę, ściganą przez zgraję wojowników z włóczniami. Decydujemy się jej pomóc i przez to sami stajemy się częścią sporej afery. Wszystko okraszone zabawnymi komentarzami głównej postaci, ponieważ nie jest to typowy heros, gotowy bić się z każdym w imię wyższych ideałów. Chciał mieć spokój, ale na własne życzenia wplątał się w nieciekawe wydarzenia. Osobiście zainteresowałem się fabułą na tyle, że zrobiło mi się żal gdy po kilkudziesięciu minutach musiałem zakończyć swoją przygodę z Prince of Persia.

Idealnie wpasowuje się tutaj oprawa. Wszystko jest kolorowe, dopieszczone, po prostu cudne. Grafika świetnie buduje baśniową atmosferę i pasuje do Prince of Persia. Do tego dochodzi bardzo dobra animacja postaci - czy to w czasie biegu, walki, czy w trakcie wspinania się po ścianach albo robienia fikołków. Sama przeprawa przez przeszkody jest niezwykle przyjemna. Mimo że wskoczenie na murek i przebiegnięcie nad przepaścią nie sprawia problemów, to daje mnóstwo frajdy, a przy tym wygląda widowiskowo. Podobnie jest z walką. Nie atakuje nas naraz cały oddział - każdy oponent to osobna historia. Mamy do dyspozycji sporo kombinacji ciosów, efektowne wykończenia i również wsparcie Eliki.

Cieszy ogromnie brak liniowości. Od pewnego etapu sami decydujemy, w którą część świata się wybierzemy i zaczniemy oczyszczać z sił ciemności. Ponadto pojawia się jeszcze częsta możliwość zmiany drogi do celu. Zanosi się na świetną przygodówkę, zamykającą tegoroczny okres świąteczny. W europejskich sklepach Prince of Persia należy spodziewać się od 5 grudnia.





Resident Evil 5



Resident Evil to seria, której chyba żadnemu miłośnikowi elektronicznej rozrywki nie trzeba przedstawiać. Nad piątą pełnoprawną częścią od dawna pracuje Capcom. Premierę zapowiedziano na marzec przyszłego roku, a my tymczasem mieliśmy okazję sprawdzić w akcji demko pochodzące z Tokyo Games Show.

Wersja demonstracyjna umożliwiała wcielenie się w rolę Chrisa Redfielda i zaliczenie dwóch krótkich misji w afrykańskim miasteczku (Shanty Town), opanowanym przez dziwnego wirusa. Zostajemy tam wysłani, by zbadać to zjawisko i jak to zwykle bywa lądujemy w prawdziwym piekle. Cały czas towarzyszy nam piękna Sheva Alomar, którą w każdej chwili może pokierować inny gracz, ponieważ od czasu E3 wiemy już, że istotną nowością będzie kooperacja online.

Rozgrywka bardzo przypomina to, co pamiętamy z poprzedniej odsłony serii. Jest dość powolnie, jakby taktycznie i prawie zawsze da się łatwo ominąć atakującego przeciwnika mały sprintem. Nadal Capcom nie przedstawia grywalnej wersji ze zmienionym sterowaniem, dlatego też chwilę zajęło mi przestawienie się do obecnego (jak w RE4), bo jednak we współcześnie wypuszczanych strzelankach z perspektywy trzeciej osoby wygląda to nieco inaczej. Ciągle brakuje możliwości odstrzelenia kogoś bez dokładnego wycelowania, a machanie nożem bywa uciążliwe. Mimo takich małych archaizmów ma to swój unikalny klimat i nie przeszkadza w czasie rozwalania kolejnych mieszkańców Czarnego Lądu.

Samo przeniesienie akcji na inny kontynent dobrze zrobiło serii. Zapuszczona wioska, gdzieś na pustyni, prezentuje się okazale i tworzy odpowiednią atmosferę interesującej przygody. Do tego spore zróżnicowanie mieszkańców, od zwykłych przemienionych ludzi, po jakieś latające monstra i inne dziwactwa. Nasza towarzyszka nieźle radzi sobie w walce z nimi i zwykle nie należy się o nią martwić. Czasem jednak może zdarzyć się, że będzie potrzebować wsparcia, a wtedy musimy jej pomóc, bo jej śmierć oznacza koniec zabawy. Momentami się rozdzielamy, by pokonać jakąś przeszkodę (przykładowo trzeba osłaniać Shevę kiedy próbuje otworzyć wrota), a chwilami nie obejdzie się bez ścisłej współpracy. Są też specjalne ataki, które wykonujemy we dwójkę. Dobrze, że deweloperzy urozmaicili rozgrywkę stawiając dość mocno na prawdziwą kooperację. Z żywą osobą u boku na pewno jest jeszcze ciekawiej.

Resident Evil 5 na żywo, w ruchu prezentuje się wyśmienicie. Wybuchy, oświetlenie, wypalony przez afrykańskie słońce piach - wszystko wydaje się odpowiednio dopieszczone i przygotowane z dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Nie można też zapomnieć o efektownie rozpadających się głowach przeciwników i paru innych fajnych efektach. Premiera RE5 w marcu 2009 roku.





Scene It? Box Office Smash



Scene It? - trivia filmowa, zabawa w odgadywanie różnych rzeczy związanych z konkretnymi, bardziej lub mniej znanymi, produkcjami. Doszły nowe tryby zabawy, dorzucono obsługę Awatarów i kolejne zestawy zagadek. Tak, dostajemy praktycznie rozszerzenie pierwszej odsłony, skierowane do miłośników kinematografii. W Polsce tylko dla nich, gdyż nie przewidziano zlokalizowanej wersji, z naszymi serialami, komediami itd. Osobiście miałem ogromne problemy, bo nie zawsze byłem w stanie szybko skojarzyć dokładny angielski tytuł, odgadnąć go na podstawie napisów końcowych czy powiązać nazwisko aktora z jakimś filmem. Na szczęście chyba całkiem wyrzucono uzupełnianie cytatów znane z poprzedniej części - z nimi problemy miał każdy, bez względu na narodowość, ponieważ rzadko były to jakieś znane zdania, jak przykładowo słynna kwestia Brudnego Harry'ego. Box Office Smash to pozycja skierowana do nielicznej grupy odbiorców.





Tomb Raider: Underworld



Nie będziemy się przy tej grze zatrzymywać - na Rynku Xbox Live można znaleźć demko i samemu przekonać się, co ma do zaoferowania pani archeolog. Krótki wstęp na temat nowych przygód Lary Croft zrobił nam Eric Lindstrom z Crystal Dynamics. Powiedział wówczas wprost, że pracując nad Underworld postawili na rozwiązywanie zagadek i układanie puzzli, wracając do korzeni serii. Dało się to od razu zauważyć. Zwykle mamy dość rozbudowane zadania na myślenie lub szukanie pochowanych elementów. Całość okraszona śliczną oprawą graficzną. Widać urozmaiconą animację głównej bohaterki, z jej nowymi ruchami oraz piękne krajobrazy. Doliczmy intrygującą historię i mamy najlepszą część Tomb Raider od wielu lat. Pozostaje wytrzymać do 21 listopada.





You're in the Movies


Kiedy Microsoft po raz pierwszy pokazał ten tytuł w trakcie E3, to potraktowałem go jako bezsensowną próbę stworzenia na siłę jakiejś produkcji mającej przyciągnąć do konsoli ludzi zwykle niezwiązanych z grami. Jakże się pozytywnie zaskoczyłem kiedy zamiast pracowników Microsoftu mogłem zobaczyć grupkę wariatów bawiących się z You're in the Movies i samemu chwilę się powygłupiać.

Zabawa polega na zaliczeniu czterech rund prostych mini-gier - od machania rękami, po robienie głupich min albo gimnastykowanie przed oczkiem kamerki Xbox Live Vision. Później gra wybiera nam fragmenty tych popisów i montuje z nich zabawny filmik. Zobaczenie co można zrobić z takich niepozornych czynności sprawia, że uśmiech nie znika z twarzy przez cały czas trwania projekcji. W sumie twórcy przygotowali ponad 30 takich filmów, więc będzie co robić zanim ujrzy się wszystkie. Deweloperzy zapewniali, że ich tytuł obsługuje DLC, więc zawsze mogą dorzucić jakieś dodatkowe.

Jeśli często robisz imprezy przed konsolą, a znajomi mają już dosyć grania na plastikowych instrumentach lub śpiewania, to You're in the Movies w moich oczach stało się świetną alternatywą. Najpierw kilkanaście minut skakania przed kamerką, a później oglądanie rezultatów - niby pomysł prosty, a daje taką radochę. Tutaj na szczęście brak zlokalizowanej wersji w ogóle nie przeszkadza (w odróżnieniu do Scene It?).



Galeria zdjęć




Komentarze

Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.