Remedy Entertainment i Microsoft długo kazali czekać nam na wirtualną powieść zatytułowaną Alan Wake. Finowie cały czas powtarzali, że są skromnym zespołem, który spokojnie realizuje projekt. Nieco zmodyfikowali swój pierwotny plan, ale nadal chodziło o zrobienie "psychologicznego thrillera" z mocną dawką akcji. Lata mijały i nic się nie działo - jedni tracili nadzieję, inni zaczęli oczekiwać czegoś perfekcyjnego. Powiedzmy sobie na wstępie szczerze, że gra nie jest rewolucją. Trudno jest jednak przejść obok niej obojętnie i nie uznać jej za wyjątkowy produkt.
Sporo pretensji można mieć do oprawy graficznej. Od tytułów tworzonych z myślą o konkretnej konsoli i wydawanych bezpośrednio przez Microsoft należy chyba wymagać najwięcej. Z jednej strony mamy najpiękniejszy las jaki kiedykolwiek stworzono na potrzeby gry, malownicze krajobrazy i sporo detali. Z drugiej słabej jakości tekstury, momentami problemy z synchronizacją obrazu i słabą animację, głównie twarzy postaci. Najwięcej niedoróbek rzuca się w oczy w skromnych etapach rozgrywanych za dnia. W nich nie da się już ukryć pewnych rzeczy w mroku i mgle. Jeśli już jesteśmy przy sprawach technicznych, to zdarzają się również dziwne błędy, jak przenikająca przez rękę strzelba czy blokujący się na przeszkodach Alan.
Na szczęście pozostałe aspekty gry stoją na najwyższym poziomie, zwłaszcza fabuła. Historia pisarza, który wyruszył z żoną do spokojnego miasteczka gdzieś w górach wciąga od początku i nie pozwala się oderwać aż do końca. To ona jest na pierwszym planie przez cały czas. Dużo uroku dodaje jej podział na epizody, które kończą się w taki sposób, że chcesz od razu przekonać się co będzie dalej. Ponadto ogromne brawa należą się Remedy za samo Bright Falls, miejscowość wzorowaną na Twin Peaks, która ma swoich charakterystycznych mieszkańców i tajemnice. Aż szkoda, że nie pozwolono nam na spokojne zwiedzenie tego miejsca. Stary serial to jednak nie jedyne źródło inspiracji, jest tutaj mnóstwo odwołań do najbardziej znanych filmów czy powieści grozy, jak i ich autorów. Grę otwiera cytat z Kinga, są nawiązania do "Lśnienia" czy też oczywiście Hitchcocka. Jak już coś brać, to od najlepszych. Są i inne odniesienia do popkultury, często w formie żartu.
Gra jest dość mroczna i momentami może wywoływać niepokój u grającego. Jak głosi stara prawda, bardziej boimy się tego, czego nie widać. Alan Wake właśnie w ten sposób buduje ciężką atmosferę. Nie ma hektolitrów krwi, porozrzucanych ludzkich wnętrzności czy innych brutalnych scen. Idziesz spokojnie lasem, robi się ciemniej, nagle jakby zrywa się wichura i zaczynasz nerwowo odwracać się, spodziewając się, że zaraz ktoś może wyłonić się z mroku. Nawet jeśli gdzieś wydarzyło się coś okrutnego, to zwykle tylko to słyszymy, sami musimy sobie dopowiedzieć resztę. Świetny zabieg ze strony deweloperów.
W każdym epizodzie wyruszamy w inne miejsce w pobliżu miasteczka. Jest tartak, stara kopalnia, farma - ciężko narzekać na brak różnorodności. Mimo że przez większość czasu podróżujemy przez las, to nie wkrada się nuda. Czasem lądujemy w samym sercu parku narodowego, by później wspiąć się na górską ścieżkę i spojrzeć na wszystko z góry. Po drodze natkniemy się jeszcze na leśniczówkę, zniszczoną szopę, stary młyn albo inne podobne budynki. W oddali widać też lokacje, które wcześniej odwiedziliśmy. Remedy przywiązało ogromną uwagę do detali, dlatego można dojść do wniosku, że gdzieś tam naprawdę istnieje to całe Bright Falls. Pomagają w tym audycje radiowe, serial "Night Springs" puszczany w telewizji, jak i porozrzucane strony maszynopisu, rzekomo autorstwa Wake'a, zdradzające szczegóły na temat niektórych bohaterów.
Bardzo ucieszyło mnie to, że dostajemy sporą swobodę w zwiedzaniu okolicy. Do głównego celu prowadzi zawsze jedna ścieżka, ale często możemy zboczyć ze szlaku albo pójść w całkowicie przeciwnym kierunku. Znajdziemy przy okazji jakąś jaskinię, stary szyb kopalni albo inne ciekawe miejsca. Zwykle właśnie tam pochowane są skrzynie z dodatkowym i bardzo przydatnym ekwipunkiem. Nie spodziewaj się jednak cudów, dostępny obszar jest mocno ograniczony. Zdarzają się również fragmenty, w których siadamy za kierownicą samochodu. Czasami sprawiają wrażenie wsadzonych na siłę, ale w nich także można się wykazać i pozbierać trochę ukrytych przedmiotów.
Warto wspomnieć, że Alan Wake to duża dawka akcji. Strzelania i walki jest rzeczywiście sporo, ale według mnie twórcy wcale nie przesadzili. Odpowiednio wszystko wyważono, bo historia i klimat nigdy nie schodzą na drugi plan - to te elementy grają non stop pierwsze skrzypce. Jeśli jednak ktoś oczekiwał, że całość będzie opierała się na chodzeniu po lesie w poszukiwaniu zaginionej żony, rozwiązywaniu jakichś zagadek i podskakiwaniu na fotelu, gdy poruszy się pobliski krzaczek, to srogo się zawiedzie. Puzzli nie ma tu praktycznie wcale, chyba że zaliczymy do nich odpalanie generatora, co polega na kilkukrotnym wciśnięciu "A" w odpowiednim momencie.
Zabawa z bronią została ciekawie rozwiązana. Podstawowy oręż to oczywiście latarka, która nie tylko rozświetla nam drogę, ale również stanowi pierwszą linię obrony przed przeciwnikami, głównie Opętanymi (opanowani przez mrok mieszkańcy). Najpierw należy ich osłabić światłem, a dopiero potem poczęstować ołowiem. Typów broni palnej jest wystarczająco - rewolwer, strzelba, karabin myśliwski i kilka wariacji. Są jeszcze race świetlne, pomagające gdy otoczy nas większa grupka wrogów, jak i granaty błyskowe czy rakietnica (co do zasady zabijają od razu). Samych latarek mamy trzy rodzaje, więc chyba nie można narzekać.
Podobnie jest z przeciwnikami. Zwykle walczymy z Opętanymi, ale wśród nich da się wyróżnić twardych drwali, farmerów, policjantów czy wieśniaków z siekierami. Jedni są powolni, inni znowu śmigają tak, że lepiej nie odwracać się do nich plecami. Do tego dochodzą atakujące stadami ptaki, kontrolowane przez mrok maszyny albo przeróżne przedmioty. Mnie walka przez całą grę ani na chwilę nie nudziła. Może nie licząc ostatniego etapu, kiedy to chciałem już wreszcie uzyskać odpowiedzi. Pewnie nie bez znaczenia pozostaje fakt, że potyczki z Opętanymi nie polegają ciągle na świeceniu latarką i wykańczaniu delikwenta kulami. Przykładowo pobawimy się wielkim reflektorem albo postrzelamy do wybuchowych zbiorników. Starciom trudno odmówić widowiskowości. Popularyzatorzy bullet time'u nie mogli nie zamieścić efektownych zwolnień akcji. Wszystko z umiarem i dobrym smakiem, w odpowiednich proporcjach, głównie by podbudować napięcie lub ukazać coś istotnego.
Idealnie udało się Remedy dobrać ścieżkę dźwiękową do gry. Do współpracy ponownie zaproszono zespół Poets of the Fall, który pomagał Finom przy Max Payne. Obecne są licencjonowane kawałki, m.in. Davida Bowiego, Roya Orbisona i kilku innych znanych wykonawców. Taka muzyka bardzo pomaga grze w budowaniu fajnego klimatu. Miłym akcentem są również piosenki puszczane w przerwach pomiędzy kolejnymi epizodami, spełniające świetnie swoją rolę - to ma być moment, w którym złapiemy wreszcie oddech i przez chwilę odsapniemy. Szumiący las i pozostałe odgłosy także dają radę. Ponarzekać można jedynie na voice acting, bo bywa dość nierówno. Trzeba zaznaczyć, że gra ukazała się z polskimi napisami. Jakieś drobne błędy w tłumaczenie się trafiają, ale nie ma tragedii.
Do zdobycia czeka oczywiście 1000 punktów Gamerscore. Osiągnięcia są raczej standardowe - coś za skończenie gry na każdym poziomie trudności (ostatni trzeba najpierw odblokować), za kolejne etapy gry, za zabicie określonej liczby przeciwników każdą bronią i zbieranie przedmiotów. Te ostatnie są chyba najtrudniejsze, bo odnaleźć należy 100 termosów z kawą, 106 stron maszynopisu (niektóre można tylko na poziomie Koszmarny) i 30 skrzyń. Mamy też zagadki do rozwiązania, bo opisy niektórych nagród praktycznie nic nam nie mówią.
Alan Wake to niezwykle dobre połączenie dreszczowca z grą akcji. Produkcja ma swoje wady, nie jest idealna i nie każdemu się spodoba. Można marudzić, że rozgrywka nie jest w wystarczającym stopniu zróżnicowana albo wytknąć niedoróbki graficzne. Bez wątpienia jednak Alan Wake wyróżnia się na tle innych dostępnych na Xboksie 360 pozycji. Mnie historia tytułowego pisarza urzekła i dostarczyła niezapomnianych wrażeń - dostałem dokładnie to, czego oczekiwałem. Rzadko się zdarza, by gra aż tak mnie wciągnęła. Czekam na więcej i liczę na to, że Remedy będzie dostarczało nam kolejne epizody tego wspaniałego serialu, a potem przyjdzie czas na pełnoprawny drugi sezon, bo Bright Falls na pewno ma więcej tajemnic. Oby tylko jego "kręcenie" nie trwało następne pięć lat.
Dodane przez Manolito w dniu - 2010-05-16 19:53:31 Ja bym tam dał 9 punktów za grafikę i + do ceny końcowej. 9,5/10 to moim zdaniem najlepsza ocena dla tej gry, która w moim odczuciu na chwilę obecną jest najlepsza grą 2010 roku.
Dodane przez MatiQ87 w dniu - 2010-05-17 11:40:32 Najlepsza gra bo nie grałeś w God of War III.Jakbyś zagrał to też byś wiedział dlaczego 8 za grafikę :D Kto grał wie o co chodzi ... Co nie zmienia faktu, że jedna z lepszych gier tego roku i kto ma X360 powinien zagrać.
Dodane przez Frezer w dniu - 2010-05-18 23:49:37 przychylam sie do oceny wroga, scisła czołówka hitów na x360, czekam na DLC hehehe
Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie. Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.