Lata 80-te to w kinematografii złoty okres gatunku sience-fiction. Filmy takie jak „The Thing”, „Blade Runner”, „Otchłań” czy „Mój własny wróg” są tego dowodem. Srebrny ekran odwiedzają jeszcze dwa pozaziemskie gatunki, które mimo iż wymyślone zostały przez różne osoby, wyglądały jakby w rzeczywistości pochodziły z jednego świata. Obcy oraz Predator, bo o tych postaciach mowa, na szansę zmierzenia się długo czekać nie musiały. Twórcy komiksów zdecydowali się na ruch i połączyli oba światy tworząc fantastyczne uniwersum, w którym rasa ludzka była jedynie dodatkiem w tym międzygatunkowym konflikcie. Temat momentalnie podchwycili producenci filmów, gier, figurek itd. To właśnie 16 lat temu Rebellion stworzyło swój pierwszy wielki tytuł oparty właśnie o to uniwersum. Teraz studio wraca do korzeni, by udowodnić sobie i graczom, że ciągle potrafi robić wielkie gry.
Podobnie jak we wspomnianym klasyku, tak i tutaj gracz ma możliwość pokierowania każdą z trzech dostępnych ras. Fabuła najwcześniej zaczyna się w kampanii Obcych, później na arenie pojawiają się kosmiczni Marines, a jako ostatni zjawiają się Predatorzy. Niestety warstwa fabularna została potraktowana po macoszemu. Oto mamy wielką korporację Weyland-Yutani stacjonującą na planecie BG-386, w której próba zapanowania nad pokaźnym stadkiem Obcych wymyka się spod kontroli. Jakby tego było mało, w tzw. międzyczasie wymieniona wyżej firma odkrywa starożytną piramidę Predatorów, co niekoniecznie podoba się tym drugim. Jak widać, całość to tylko lepiej dobrane słowa w zdaniu: „Zjedźmy się w jednym miejscu i możemy się lać”. Szkoda, bo twórcy komiksów z serii Aliens vs Predator udowodnili, że w oparciu o ten świat można tworzyć naprawdę ciekawe i ekscytujące opowieści.
Bez większego owijania w bawełnę przejdźmy więc do rozgrywki. Ta z kolei znacznie się różni w zależności od tego, którą z ras kierujemy. Żeby było chronologicznie zacznijmy od Obcych. Kreatura stworzona przez Dana O'Bannona i Ronalda Shusetta do dziś uznawana jest za jedną z najlepszych pozaziemskich istot kiedykolwiek wymyślonych przez ludzki umysł. Faktycznie, gatunek to niezwykle interesujący, bo mimo że znamy praktycznie każde stadium jego rozwoju czy przywiązanie do królowej i roju, to ciągle z pewną dozą ciekawości przeplataną z przerażeniem oczekujemy na każde jego pojawienie się na ekranie. Osoby pamiętające jeszcze pochodzące z 2001 roku Aliens vs Predator 2 firmy Monolith kojarzą pewnie, że mieliśmy tam okazję poznać życie Obcych poczynając od pierwszego stadium - Facehuggera zamkniętego w jaju. Tutaj tego elementu zabrakło. W zamian za to nie jesteśmy już zwykłym, bezimiennym Xenomorphem, a niezwykle inteligentnym okazem, który na głowie został naznaczony cyfrą 6. Już na początku kampanii nasz Obcy dysponuje wszystkimi możliwymi umiejętnościami. Możemy bez problemu poruszać się po ścianach i sufitach, biegać z niesamowitą szybkością, robić wielkie susy oraz naturalnie korzystać ze szponów i ogona. Niestety, pomimo tego, że wcielamy się w prawdziwą bestię, w pojedynkę nie mamy szans podczas zetknięcia się ze śmiercionośnymi narzędziami ludzi. Naszymi głównymi przeciwnikami będą kosmiczni Marines oraz androidy, a najlepszym sposobem na ich eliminację będzie umiejętne wcielenie się w skórę Obcego. Trzeba zapomnieć o poruszaniu się po ziemi i za podłogę uznawać to, co ludzie nazywają sufitem. Do tego parę rozbitych jarzeniówek i można rozpocząć eksterminację. Wydając z siebie syk odciągniemy ofiary od reszty, by następnie kolejno doprowadzić ich żywot do końca.
Możliwość wykonania niezwykle krwawych „finisherów”, gdy znajdujemy się za plecami ofiary, znacznie ułatwi nam zadanie. Zaskoczony przeciwnik zdąży jednak wydać z siebie jęk zanim przywita się z naszą wysuwaną szczęką, co niestety przyciągnie innych. Dlatego też wszystko trwać musi krótko, po czym znów znikniemy w mroku w oczekiwaniu na kolejną ofiarę. Gdy już uporamy się z uzbrojonym wrogiem – stanowiącym zagrożenie - możemy spokojnie stanąć na ziemi i porozglądać się za bezbronnymi osobnikami, którzy posłużą za kolejnych nosicieli. Początkowo wczucie się w rolę Obcego, wykonującego jak marionetka rozkazy królowej, wypada naprawdę nieźle. Szkoda tylko, że w miarę upływu czasu gra serwuje nam niemal ciągle to samo, przez co po paru chwilach całość sprowadza się do wykonywania schematycznych działań.
Wskoczmy zatem w buty Marines – uzbrojonych po zęby żołnierzy, których bliżej poznaliśmy w drugiej części „Obcego” – „Decydującym starciu”. Każdy szanujący się fan sience-fiction bez problemu kojarzy kaprala Hicksa czy szeregową Vasquez i jej ciętą ripostę na porównanie jej do mężczyzny. Postacie, które spotykamy podczas gry są wyraźnie na nich wzorowane. To wyszkoleni żołnierze, ale też prości ludzie. Naszym bohaterem jest Rookie. Przezwisko nie wzięło się znikąd, otóż jak nietrudno się domyślić odbywa on właśnie swoją pierwszą prawdziwą misję. Naszym podstawowym wyposażeniem jest latarka, flary, kilka stim-packów, które pozwalają złagodzić obrażenia, pistolet oraz czujnik ruchu. Ten ostatni stanowi jeden z najbardziej przydatnych gadżetów, jakimi dysponuje nasz wojak. Pomijając już fakt, że często jest on wykorzystywany przez twórców w celu podniesienia adrenaliny, to niejednokrotnie uratuje nam też życie. Gdybyśmy polegali jedynie na słabym świetle latarki i ograniczonych flarach w starciu z Xenomorphami, to nie mielibyśmy żadnych szans.
Wraz z postępami w grze arsenał zaczyna się poszerzać o kolejne pukawki. Mamy więc sławną Pulse Rifle, shotguna, coś na wzór snajperki, miotacz ognia czy siejący ogromne spustoszenie SmartGun. Kampania ludzi zdecydowanie pozwoli nam podskoczyć na krześle. Sprawa jest ciekawa, bo napięcie towarzyszy nam praktycznie cały czas. Gdy czujnik zaczyna „bipać” jesteśmy już pewni, że za moment coś się stanie, a mimo to jesteśmy tym całkowicie zaskoczeni. Poza tym gra z tej perspektywy to standardowy shooter. Należałoby dodać oldschoolowy shooter, bowiem nie mamy tutaj nawet możliwości kucnięcia. Nie wspomnę o braku opcji strzelania z przybliżenia - to zabieg raczej celowy. Czego by jednak nie powiedzieć, rozgrywka odbiega od tego do czego zdążyły nas już przyzwyczaić obecne FPSy. Kampania Marine jest najciekawszą z całej trójki. Nie dlatego, że tutaj sprawa dotyczy ludzi i łatwiej się wczuć, lecz dlatego, że jest najlepiej opowiedziana i obfituje w różnorodne wątki.
Ostatecznie na BG-386 lądują statki Predatorów. W tym wypadku również wcielamy się w osobnika – nowicjusza. Nasz Łowca musi dopiero zdobyć swoje pierwsze trofea, a sytuacja, która zaistniała jest ku temu doskonałą okazją. Początkowo dysponujemy jedynie garścią gadżetów do jakich przyzwyczaił nas Predator, lecz i te odpowiednio użyte przyczynią się do udanych łowów. Naszą podstawową bronią będą zatem Wrist Blades – zamontowane na obu rękach podwójne ostrza stanowią zarazem najlepszą broń do walki w zwarciu. Dzięki nim możemy również wykonywać różnorodne ciosy kończące (gdy zajdziemy przeciwnika od tyłu) oraz tzw. Trophy Kills, które zadziałają na odpowiednio „zmęczonej” zwierzynie. Trzeba przyznać, że do tej kwestii twórcy naprawdę się przyłożyli, dzięki czemu możemy oglądać naprawdę krwawe egzekucje. Wspomnę tutaj chociaż o wyrywaniu żołnierzom głowy wraz z kręgosłupem. Zatrzymana w bezruchu twarz spogląda jeszcze na swojego oprawcę, gdy ten przesuwa ręką po kolejnych kręgach czyszcząc je z niepotrzebnych, mięsnych pozostałości. Ktoś mógłby powiedzieć, że to odrażające. Fani zgodnie odpowiedzą jednak, że właśnie tak miało być i bardzo dobrze, że twórcy zdecydowali się na taki ruch.
Oprócz tego ważnym elementem wyposażenia Łowcy jest kamuflaż, dzięki czemu staje się on niemal niewidzialny dla otoczenia. Przypominają się chwile, w których wypatrywaliśmy Predatora w każdym kadrze pierwszej części filmu. Tym razem to nas będą starali się wypatrzeć, a my musimy zrobić wszystko, żeby się im to nie udało. Poruszanie się po drzewach znacznie nam to ułatwi. Z góry możemy rozeznać się w sytuacji i zaplanować nasz atak. Krótki rzut oka przez termowizję i już znamy rozmieszczenie wszystkich jednostek ludzi. Teraz wystarczy odseparować ich od reszty. Żeby to zrobić nasz Łowca może skorzystać z bardzo przydatnej możliwości kopiowania i odtwarzania ludzkich głosów. Dzięki temu zwabimy delikwenta w miejsce, które najbardziej nam odpowiada. Trzeba jednak pamiętać, że zdecydowana większość naszych sztuczek nie zadziała, gdy staniemy oko w oko z Xenomorphem. Na szczęście gra stopniowo uraczy nas dodatkowymi zabawkami, jak np. naramienne działko plazmowe, dysk czy włócznia, które pozwolą na owocne kontynuowanie polowania.
Wszystkie kampanie dają nam ok. 8-9 godzin rozgrywki. Wielkim minusem jest jednak to, że każdą rasą odwiedzamy te same miejsca. Oczywiście fajnie jest je widzieć z innej perspektywy, ale gdyby chociaż pojawiły się lokacje unikatowe dla każdej rasy, to wszystko wyglądałoby zgoła inaczej. Tymczasem odnosimy wrażenie, że gra to rzeczywiście jakieś cztery godziny rzeczy nowych i świeżych, a reszta to tylko przepisane linijki kodu. Rasy są naprawdę zróżnicowane i ciekawe. Byłoby fajnie gdyby to samo można było powiedzieć o miejscach, które odwiedzamy i fabule.
Rebellion w swoim najnowszym podejściu do świata Obcego i Predatora postanowiło położyć duży nacisk na rozgrywkę w trybie wieloosobowym. Podstawowym założeniem jest system walki wręcz. Otóż Xenomorphy i Łowcy posiadają możliwość ataku lekkiego i mocnego, bloku oraz wspomnianych w tekście egzekucji podczas zajścia przeciwnika od tyłu. Atak lekki może być łatwo sparowany przez blok, z którym radzi sobie atak mocny. Reakcją na atak mocny powinien być zatem atak lekki i tak koło się zamyka. Trzeba przyznać, że ten pomysł radzi sobie bardzo dobrze. Odrębną kategorią są tutaj ludzie, którzy posiadają jedynie możliwość bloku i lekkiego ataku. Nie oznacza to w żadnym wypadku, że są w jakiś sposób ograniczeni. Wręcz przeciwnie, jako jedyny gatunek od początku wyposażeni są w broń działającą na dystans. To co zaskoczyło mnie najbardziej, to stopień w jakim rasy są wyrównane. Uważałem, że przy takim zróżnicowaniu można zapomnieć o podobnych szansach dla każdej z nich. Tymczasem Rebellion poradziło sobie z tym problemem doskonale (między innymi dzięki wprowadzeniu opisanego wyżej systemu). Każda może być na tyle opanowana przez gracza, że da sobie radę z całą resztą.
Najciekawsze tryby gry to zdecydowanie Infestation i Survivor. W pierwszym z nich z grupy Marines zostaje wybrany jeden, który staje się Obcym. Jego zadaniem jest zabicie chociaż jednego z żołnierzy, który wówczas zostaje Xenomorphem i staje po jego stronie. Fajna zabawa, zwłaszcza, że oglądamy jak nasi partnerzy, jeden po drugim, stają się dla nas śmiertelnym zagrożeniem. Survivor – tryb, który po premierze Gears of War 2 zwykło się zwać Hordą. Razem z trójką kolegów bronimy się przed kolejnymi falami nacierających Obcych. Zabawa może trwać w nieskończoność, a ograniczać mogą nas jedynie umiejętności. Minusem jest to, że jeśli jeden gracz zginie, to nie powróci do życia po zaliczeniu fali przez kolegów.
Osiągnięcia w Aliens vs Predator w większym stopniu skupiają się na rozgrywce jednoosobowej i są jednocześnie trudne do zdobycia. Szczególnie jeśli mowa tutaj o zaliczeniu każdej kampanii na poziomie „Nightmare” - najwytrzymalsi przeciwnicy, brak checkpointów, prawdziwy koszmar. Osiągnięcia za rozgrywkę wieloosobową są raczej czasochłonne niż wymagające.
Oprawa graficzna jest słabszą stroną tytułu. Właściwie nie ma się ani czym zachwycić, ani też czym rozczarować. Trudno byłoby tutaj wspominać o designie postaci skoro były one podane na tacy, ale wykonanie i animacja wypadły dobrze. Oklaski naturalnie należą się za wspomniane w tekście brutalne ciosy kończące. Otoczenie jest dość ubogie w szczegóły, ale jego „brudny” design dobrze wpisuje się w tematykę gry. Do strony dźwiękowej nie mam żadnych zastrzeżeń. Wszystko brzmi tak jak powinno. Seria z Pulse Rifle, pisk ranionego Aliena czy „klikanie” Predatora. Dodatkowo odgłos czujnika ruchu stanowi doskonałą ścieżkę dźwiękową do gorących sytuacji. Muzyka towarzysząca rozgrywce od razu przywodzi na myśl filmowe klasyki. Duży plus.
Na Aliens vs Predator zawiodą się jedynie ci, którzy czekali na tę grę jak na mesjasza – wielki shooter, który nie dość, że będzie miał niesamowitą grafikę, to jeszcze rozgrywką zmiażdży wszystko co do tej pory pojawiło się na konsolach. Ja jednak czekałem na ten tytuł, bo chciałem wreszcie zobaczyć moje ulubione uniwersum godnie reprezentowane w tej generacji konsol. I mimo że rozczarowały mnie długość gry, fabuła czy brak wyrazistych postaci, to liczę, że twórcy podejmą się wyzwania raz jeszcze, tworząc kontynuację. Miejmy nadzieję, że tym razem z większym budżetem.

Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie. Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.
|