Ankieta

Od E3 2012 oczekujesz najbardziej:






Wideo:
Loading...


Czytaj o:
PlayStation 3

Army of Two
Autor: Marcin Pawłowski   
15.03.2008.


                                                               Recenzja     Zapowiedź     Poradnik      Galeria     Lista Osiągnięć     Wywiad XCN

Army of Two to tytuł reprezentujący nadal niezbyt mocno eksponowany gatunek strzelanek, w których główne założenia opierają się na współpracy z partnerem. Pierwotnie gra miała się ukazać w listopadzie ubiegłego roku, jednak z ważnych powodów postanowiono przesunąć ją o kilka miesięcy. Czy dobrze się to przysłużyło tej pozycji? Z pewnością tak, ale czy Army of Two sprostało dzięki temu wszystkim oczekiwaniom graczy?

 Fabułę rozciągnięto w czasie na kilkanaście lat i z tego powodu przeskakujemy po rozrzuconych po całym globie głośnych konfliktach zbrojnych, biorąc udział w wymyślonych przez scenarzystów konkretnych wydarzeniach. Gra wprowadza nas w światek prywatnych organizacji militarnych uczestniczących w walce z reżimami dyktatorów, z lokalnymi kacykami czy ogólnie z globalnym terroryzmem. Tam gdzie wysłanie normalnych oddziałów wojska może rodzić poważne konsekwencje lub wcale nie musi przynieść oczekiwanych skutków, lepiej skierować najemników. Historia opowiada o perypetiach dwóch mocno odmiennych charakterów tworzących tytułową „armię”. Elliott Salem myśli cały czas o pieniądzach, które otrzyma za wykonanie zadania i nie interesuje go żadna polityka. Z kolei Tyson Rios nie boi się teorii spiskowych i często zauważa „drugie dno” przeprowadzonych akcji. Całkiem dobrana z nich para. Z czasem okazje się, że organizacja SSC, dla której bohaterowie pracują ma trochę grzeszków na sumieniu i osobista sytuacja Salema oraz Riosa zaczyna się mocno komplikować. Historia została dość ciekawie przedstawiona, jest przede wszystkim dynamicznie, ponieważ co chwilę przeskakujemy w czasie i z miejsca na miejsce -raz jesteśmy w Somalii, by za chwilę wylądować w Afganistanie czy Iraku. Niestety opowieść stanowi tylko skromny dodatek do samej rozgrywki - nie wciąga, bo nie czekamy na dalszy rozwój sytuacji i z łatwością przewidujemy, co się może wydarzyć. Brakuje też jakichś dokładniejszych wyjaśnień z kim i o co walczymy. Widzimy jedynie krótkie przedstawienie celów i tyle. Kim jest tak naprawdę facet, którego mamy zdjąć? Czym dokładnie zasłużył sobie na spotkanie z nami? Nie wiemy. Trochę za dużo tych uproszczeń. Ot, mamy do czynienia ze średnim filmem akcji.

Tym, co wyróżnia Army of Two na tle innych zwykłych strzelanek z perspektywy trzeciej osoby jest na pewno system „Aggro”. Przedstawiając go w skrócie, kiedy jeden z bohaterów prowadzi ostrą wymianę ognia, to na nim skupia się cała uwaga przeciwników. Oznaczony zostaje wówczas na czerwono, a jego kompan może spokojnie poruszać się i zachodzić oponentów z flanki, gdyż jest dla wrogów praktycznie niewidoczny. Częściowo logiczne, częściowo przerysowane. Skoro jednak dwójka żołnierzy w maskach potrafi ubić całe oddziały, to czemu nie przeginać dalej? Samo „Aggro” nie jest tylko zwykłym dodatkiem, bo to ważny element taktyki. Oponenci cały czas korzystają z osłon, momentami nie wystawiając czegokolwiek poza karabinem, z którego walą na oślep. Trzeba wtedy poprosić kolegę o pomoc lub, jeśli gramy sami, zlecić to partnerowi sterowanemu przez konsolę (mamy do dyspozycji kilka prostych komend). Potem już tylko ładnie zakradamy się z boku i siejemy postrach. Jesteśmy z jednej strony sztucznie zmuszeni do korzystania z tego, ale jednocześnie należy pomyśleć, a nie lecieć do przodu z patriotyczną pieśnią na ustach robiąc wszystko samemu. Kooperacja ma tu w końcu być najważniejszym elementem. Dlatego też momentami wręcz musimy skorzystać z pomocy kompana, by dostać się na jakąś wyższą kondygnację czy połatać się po zranieniu. Jest jeszcze przyklejanie się plecami i kręcenie z karabinami dookoła, a takiej machiny nie da się praktycznie zatrzymać. Ciekawie prezentuje się zabawa, polegająca na tym, że jeden niesie tarczę, a drugi trzyma się z tyłu i wali po głowach ołowiem. Szkoda tylko, że nie zawarto większej liczby podobnych manewrów.

 Największym mankamentem gry jest sztuczna inteligencja przeciwników i samego towarzysza broni. Często oponenci zachowują się jak totalnie bezmózgie istoty, biegając od osłony do osłony w najgłupszym możliwym momencie czy przeprowadzając szarżę wprost pod nasz karabin. Najlepszym skryptem, który im zaimplementowano jest chyba jedynie walenie na oślep przez wystawienie samego karabinu, z łbem trzymanym na tyle nisko, że z dystansu się ich nie ruszy. Lekcje w tej samej szkole logicznego myślenia musiał brać nasz kompan, bo to co on chwilami wyprawia przyprawia nas o zawrót głowy. Najgorzej jest kiedy musi nas wyleczyć. Wystarczy, że padniemy w nieco słabiej osłoniętym przed kulami miejscu, a on zacznie nas targać na drugi koniec obszaru. Zaufać w jego skuteczność też nie jest zbyt łatwo, zwykle jest on w stanie odrobinę pomóc, ale i tak najcięższą robotę musimy wykonać samemu. Brakuje bardzo możliwości wyznaczenia mu punktu, do którego ma przejść, tak jak jest to w większości gier, w których mamy kogoś do dyspozycji.

Najemnicy zazwyczaj zarabiają za swoją robotę pieniądze, nie inaczej jest w Army of Two. Za każde główne lub poboczne zadanie (znajdź jakiegoś laptopa, walizkę itp.) zostajemy nagrodzeni odpowiednią sumką słabej amerykańskiej waluty. Możemy ją przeznaczyć na najważniejsze narzędzia pracy, czyli wszelkiego rodzaju śmiercionośne karabiny. Ciekawsza od samego kupowania giwer jest jednak możliwość ich ulepszenia. Da się kupić tłumik, doczepiany granatnik, shotguna albo nawet malutką tarczę umieszczaną przy lufie. Niezbyt zabawne jest za to dorzucenie wersji „pimped” każdej części arsenału. Biegamy wtedy ze złotą bronią, udekorowaną jakimiś diamentami czy innymi świecidełkami. Mocne pójście w efekciarstwo, ale nikt nie każe nam tego na szczęście wybierać.

Ważną częścią tego tytułu jest bez wątpienia multiplayer. Army of Two zostało wprost stworzone do wspólnego przechodzenia w kooperacji z inną osobą, a nie dość marnym AI. Wówczas kampania zyskuje dużo bardziej w naszych oczach. Przeprowadzenie składnej akcji jest też dużo przyjemniejsze, bo trzeba jakoś spróbować uzgodnić taktykę. Nie ma też nic przyjemniejszego niż słyszenie krzyczącego do mikrofonu kolegi: „Dawaj! Ulecz mnie, bo widzę już światełko na końcu tunelu!”. Wtedy nawet uboga fabuła czy niedopracowana inteligencja przeciwników nie przeszkadzają tak bardzo. Nie zabrakło również zwykłej rozgrywki wieloosobowej. Na kilku mapach mogą stanąć przeciwko sobie dwa dwuosobowe zespoły. Ciekawsze jest jednak to, że nie mamy do czynienia ze zwykłym deathmatchem. Tak samo jak w kampanii chodzi o zarabianie kasy poprzez wykonywanie określonych zadań. A to mamy kogoś zastrzelić, a to odeskortować i tak dalej. Załatwienie któregoś z przeciwników daje tylko jakieś drobniaki. Pieniądze można przeznaczać na dodatkowe bronie czy amunicję. Mecz natomiast wygrywa zespół, który po upływie określonego czasu będzie miał wyższy stan konta. Niestety multiplayer także cierpi na liczne niedoróbki. Nadzwyczaj często gra lubi sobie chamsko chrupnąć. Denerwuje też fakt podzielenia Army of Two ze względu na regiony, dlatego zagranie z przyjacielem ze Stanów (nawet w kooperacji) nie wchodzi w rachubę.

Pod względem technicznym jest średnio. Do oprawy graficznej nie ma się co za bardzo przyczepić, bo ta akurat jest na odpowiednim poziomie. Drażni jednak czasem praca kamery, przenikanie obiektów czy detekcja kolizji. Design lokacji dobrze oddaje klimat miejsca w jakim się znaleźliśmy, ale średnio to już wychodzi pod względem zbudowania atmosfery prowadzonych w tym miejscu działań wojennych. Na pewno ładnie prezentuje się lotniskowiec czy Miami po przejściu huraganu, ale jakiegoś większego przywiązania do stworzenia lepszej atmosfery zabrakło w Iraku czy Afganistanie. Ładnie prezentują się obaj główni bohaterowie w specjalnych zbrojach i maskach. Miejscami widać ubogie tekstury, ale ogólnie poziom oprawy graficznej to zdecydowanie wyższa niż niższa półka. Do dźwięku też nie ma się co przyczepić. Głosy bohaterów świetnie dobrano (rzucają mięsem kiedy trzeba), a kule świszczą aż miło.

 EA udało się stworzyć dość ciekawą pozycję, ale ogrom niedopracowanych rzeczy sprawia, że naprawdę ciekawy koncept nie jest tak interesujący, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Gra jest zdecydowanie zbyt krótka i po pierwszym przejściu wraca się do niej co najwyżej po to, by zaliczyć kilka następnych Osiągnięć. Z kolei kooperacja z partnerem powinna być zdecydowanie znaczniej rozbudowana. Zabrakło też jakiegoś większego zróżnicowania – cały czas tylko przechodzimy z jednego kawałka planszy do drugiego, by zabić tuzin przeciwników i pobiec dalej, powtarzając co kilka minut to samo. Wolałbym żeby twórcy posiedzieli nad grą kilka dodatkowych miesięcy i podłubali nad szczegółami odrobinę dłużej. Warto zaznaczyć, że w ten tytuł należy grać tylko i wyłącznie z kumplem przez Xbox Live albo na jednej konsoli, tylko wtedy przebicie się przez krótką kampanię sprawia frajdę i niektóre elementy przestają tak mocno drażnić. Tryb Versus nie został chamsko wepchnięty na siłę, ale na dłuższe granie też się nie nadaje. Army of Two to typowy średniak, który niektórym może się jednak spodobać. Osobiście bawiłem się całkiem dobrze, ale to trochę za mało, by z czystym sumieniem polecić grę każdemu.




Komentarze

Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.