RecenzjaZapowiedźPoradnikGaleria Lista OsiągnięćWywiad XCN
Przyznam szczerze, że jeszcze do niedawna moja wiedza na temat gry w krykieta ograniczała się do luźnego skojarzenia, iż to taki baseball, lecz z deskami. Kiedy dostałam do recenzji Ashes Cricket 2009 przyszło mi stawić czoła własnej ignorancji. Jeszcze zanim płytka trafiła do czytnika z odsieczą przybyła, oczywiście, Wikipedia.
Tym, którzy nie wiedzą, a są ciekawi już tłumaczę, w wielkim skrócie, że mecz krykietowy podzielony jest na dwie części - tzw. Innings, które z kolei dzielą się na Overy. Każdy Over to sześć legalnych rzutów (może być więcej, gdy nastąpi rzut nieregulaminowy, np. no ball). Na środku boiska znajduje się pas, na końcu którego wbite są trzy słupki spełniające rolę bramki (wicket). To właśnie wokół nich cała afera, gdyż zawodnik jednej z drużyn (spełniający w tym momencie rolę bowlera) musi rzucić piłką tak, żeby owe słupki zbić, podczas gdy zawodnik drużyny przeciwnej (batsman) ma za zadanie to udaremnić, odbijając piłkę. Odbita piłka to jeszcze nie sukces, ponieważ wypadałoby ją odbić tak, by gracze z pola jej nie złapali, a zaraz po odbiciu przebiec na drugą stronę pasa, by zaliczyć również punktowany run. Proste? To skoro wiadomo już o co chodzi, sprawdźmy jak z przeniesieniem tej elitarnej gry na konsole poradzili sobie developerzy z Transmission Games.
Ashes Cricket 2009 posiada najdłuższy tutorial jaki było mi dane sprawdzać. Legendy krykieta Ian Botham i Shane Warne uczą wszystkiego - od zupełnych podstaw po zaawansowane sztuczki, przy czym bez osiągnięcia względnej perfekcji nie da się ukończyć ich zadań. To oczywiście duży plus dla gry. Dalej czekają nas standardowe rozgrywki jednodniowe, czyli One Day Internationals (ODI), mecz testowy – Test, najnowszy w historii krykieta i najkrótszy mecz 20overs oraz oczywiście pięciodniowe rozgrywki testowe między Anglią a Australią zwane Ashes.
Oddawanie rzutów polega na wybraniu przez nas ścieżki lotu piłki i następnie rodzaju (wolna piłka, ścięcie, sławny „leg throw” itp.). Bowler bierze wtedy zamach, podczas którego wskaźnik skuteczności ataku przemieszcza się z zielonego do czerwonego pola, a my decydujemy, w którym momencie ma wyrzucić piłkę, wciskając po raz drugi przycisk sposobu rzutu. W tym momencie możemy też w ostatniej chwili zmienić zarówno ścieżkę, jak i rodzaj, sprytnie myląc przeciwnika. Jeśli miotacz nie najlepiej wybije piłkę, to mamy okazję ją złapać, wciskając A w odpowiednim czasie (uruchamia się coś na kształt prostego quick time events).
Jako batsman, oprócz kierunku odbicia oraz ustawienia postaci, mamy do wyboru, jakżeby inaczej, rodzaj uderzenia. Możemy odbić nisko po ziemi, ryzykując, że piłka wróci do ścieżki zanim skończymy run, lub wybić ją wysoko, co w razie sukcesu może dać nam nawet sześć punktów, lecz stwarza łatwą okazję do złapania piłki przez przeciwnika. Jeśli zdecydujemy, że piłka będzie za trudna lub nie chcemy ryzykować, możemy po prostu wybrać Defend i obronić słupki przyjmując odpowiednią pozycję. Przy odbijaniu wszystko zależy tak naprawdę od wyczucia odpowiedniego momentu uderzenia.
I tutaj ma miejsce jedna z głównych bolączek tej gry. Autorom nie udało się odpowiednio wyważyć tych dwóch elementów rozgrywki. Nie trzeba długiego treningu, by nawet najlepszy rzut CPU bez problemu wybić na trybuny, nawet na wyższym poziomie trudności. Działa to też w drugą stronę – obojętnie jak podchwytliwe piłki będziemy rzucać, CPU i tak sobie poradzi, a trafienie w słupki sprawia wrażenie wydarzenia losowego. Gra szybko zaczyna tracić swój sens, przez co robi się zwyczajnie nudna. Nudę teoretycznie mógłby uratować multiplayer, niestety przy konsoli można zagrać jedynie w co-opie, podając drugiemu graczowi pada gdy nadejdzie jego kolej. Prawdziwa rywalizacja i emocje mogłyby się wywiązać dopiero na Live (dostępne są mecze towarzyskie i rankingowe), ale na chwilę obecną trudno znaleźć chętnych.
Kolejną wadą Ashes Cricket jest niedopracowanie. W grze roi się od bugów, przy czym niektóre są tak upierdliwe, że aż dziw bierze jak udało im się przejść przez kontrolę jakości. Piłce zdarza się czasami zniknąć, a kamerze goniącej za nią zaklinować gdzieś na trybunach i przerwać tym sposobem rozgrywkę. Zdarza się, że gra gubi się we własnych obliczeniach i uznaje uderzenie w słupki chociaż piłka nawet nie była blisko nich, czy zalicza niedokończone runy. Przytrafiło mi się też, że gracz z pola biegł po piłkę... zatrzymując się co krok. Do tego dochodzi chrupiąca animacja, dla której nie ma żadnego uzasadnienia.
Gdyby tego było mało, Ashes Cricket 2009 dobija słaba oprawa audiowizualna. Sylwetki graczy wyglądają dość plastikowo i na przerywnikach ruszają się jak kłody. Stadiony różnią się praktycznie tylko kolorem murawy, a elementy pogodowe to tylko kwestia rozjaśnienia lub przyciemnienia otoczenia. Tymczasem trybuny to totalnie proste kształty z płaskimi (!) widzami - wyglądają jak z czasów początku poprzedniej generacji konsol. Znani komentatorzy Jonathan Agnew, Tony Greig oraz Ian Bishop mieli być plusem gry, niestety nagrali trochę za mało tekstów - potrafią zacząć się powtarzać już w tym samym meczu. Oprócz nich usłyszymy jeszcze tylko kibiców, o ile się obudzą przy okazji zdobycia któregoś punktu.
Ashes Cricket 2009 ze swoimi nawiązaniami do wydarzeń ze światka krykieta zdecydowanie jest kierowana głównie do fanów tego sportu, co z miejsca czyni ją produkcją niszową. Przeciętny gracz nie znajdzie tu więcej niż kilka godzin przeciętnej zabawy, plus ewentualnie łatwego, choć czasochłonnego "calaka".