Ankieta

Od E3 2012 oczekujesz najbardziej:






Wideo:
Loading...


Czytaj o:
PlayStation 3

Assassin's Creed: Brotherhood
Autor: Łukasz Zdeb   
14.12.2010.


                                                               Recenzja     Zapowiedź     Poradnik      Galeria     Lista Osiągnięć     Wywiad XCN

Recenzja dodatku "Porwanie Leonarda da Vinci"

Rok 1499. Po konfrontacji z papieżem, Ezio Auditore da Firenze wraca z Watykanu na stare śmieci wraz z potężnym artefaktem, dającym właścicielowi nadludzkie moce. W Monteriggioni mieszkańcy entuzjastycznie witają swojego bohatera. Zapewne wszystkie niewiasty byłyby jego, a libacje trwały tygodniami, gdyby ciszy nocnej nie zagłuszyły liczne kule armatnie, rozdzierające fortecę na strzępy. To niezliczone wojska Cezara Borgii popsuły całą fiestę. Na tyle skutecznie, iż Ezio wraz z rodziną i ocalałymi lokatorami zmuszeni zostali do ucieczki podziemnymi tunelami. Raniony w walce asasyn udaje się z powrotem do Rzymu, by obalić tamtejsze rządy templariuszy i odzyskać utracone na polu bitwy Jabłko Edenu.


Po raz trzeci zajrzymy do DNA Desmonda Milesa, w którego żyłach płynie krew pradawnych asasynów. Tym razem sekwencji dziejących się w "naszych" czasach jest niewiele, co fabule wychodzi na dobre, ponieważ mamy tu mniej zbytecznych gadek. Z samego fotela Animusa 2.0 możemy zejść kiedy nam się podoba (nie wliczając misji), aby porozmawiać z ocalałym po ostatniej ucieczce zespołem, poczytać maile, czy rozprostować kości zwiedzając ruiny willi Auditore. Dlatego też możemy skupić się zupełnie na bardziej rozległych wątkach, czyli na epizodach z roku tysiąc pięćsetnego i cieszyć się naprawdę rewelacyjną fabułą, opartą jak zwykle na rzeczywistych i fikcyjnych postaciach, lokacjach, wydarzeniach.

Ubisoft zapowiadał, iż rzeczony tytuł nie jest pełnoprawnym następcą drugiej części, co potwierdzałby brak cyferki w nazwie. Lecz bez obaw – gra nie powstała na "hura" tylko by wyciągnąć od graczy pieniądze. Owszem, ciężko po takim deklarowanym "produkcie+" oczekiwać drastycznych zmian, stąd poruszając się parkourem po mieście czujemy, iż to już było, jednakże wszystko zdaje się bardziej dopieszczone niż dotychczas. System walki nadal potrafi być chaotyczny (z gubiącą się momentami kamerą), ale gdy wyczujemy rytm możemy siać niezłą grozę. Jak nigdy dotąd poczujemy umiejętności oraz instynkt asasyna, który dziesiątkuje przeciwników jednego po drugim – dzięki morderczym kontratakom. To i tak najmniejsze zmartwienie oponentów, którzy mają jeszcze szanse ucieczki czy błagania o litość. Najgroźniejszą bronią w grze wydaje się być kusza. Można nią bezszelestnie ściągać strażników z pokaźnych odległości i jedynie opancerzeni rycerze stanowią dla niej problem.

Wątek główny obfituje w ciekawe misje, ale poboczne zadania wcale mu nie ustępują, dopełniając całości. Pośpiech nie jest tu wskazany. Prócz zmniejszania sił templariuszy poprzez zabijanie kapitanów okręgów i palenie wież strażniczych (zmniejsza i eliminuje silniejsze jednostki), możemy przegapić takie perełki jak misje dla Leonarda da Vinci, w których zasiądziemy za sterami ówczesnych cudów techniki. Mamy też opcję odbudowania miasta i jej gospodarki poprzez remontowanie zamkniętych przez Borgiów sklepów (z czego czerpiemy zysk, szkoda tylko, że praktycznie nie ma co robić z pieniędzmi), siedzib najemników czy choćby kurtyzan.


Wyszkolimy też własny oddział asasynów. Wysyłając ich na misję otrzymujemy pieniądze, a czasem materiały potrzebne do sklepowych questów, sami zaś zabójcy otrzymują punkty doświadczenia, które przeznaczymy na lepszą broń czy pancerz. Jest to o tyle istotne, że w misjach skradankowych na kiwnięcie naszego palca mogą w mgnieniu oka i po cichu zdjąć strażników patrolujących dach, bądź pomóc w samej walce gdy jesteśmy okrążeni. Na wyższym poziomie doświadczenia (czy będąc już pełnoprawnym asasynem), rzucą granat dymny albo hukną z pistoletu. Ma to swoją drugą stronę medalu – gra staje się banalnie prosta i zaopatrywanie się w lepsze uzbrojenie czy medykamenty większego sensu nie ma. Niemniej jednak, rozplanowywanie działań z zaskoczenia stało się jeszcze bardziej rajcowne.

Wreszcie można poruszać się konno w mieście (wystarczy wcisnąć Y i rumak zjawi się na zawołanie). Jest to chyba najszybszy środek komunikacji, ponieważ rozmieszczona siatka ekspresowych tuneli jakoś nie przyszła mi z pomocą. Assassin's Creed to typowa gra "na wczuwę". Samo bieganie i podziwianie architektury starego Rzymu sprawia wiele radości, a i bez tego nie wiemy co wzrokiem ogarnąć. Ikon ukazujących wszelakie zadania czy możliwości odrestaurowania budynku, uczestniczenia w pobocznych misjach mających na celu rozwój choćby domu publicznego, jest więcej niż lampek na choince.

Biegałem jak pracownik Biedronki nie wiedząc za co się złapać przez natłok obowiązków: czy iść odkryć kolejną kartę z życiorysu Ezia, czy może pomóc oklepać klienta prostytutki, która została przez niego otruta, zniszczyć wieżę strażniczą by łatwiej poruszać się po mieście, czy może wytrenować zastęp asasynów, którzy niczym błyskawica wpadną mi z pomocą. Ktoś powie, że sporo czynności się tu powtarza, że wykonuje się je tak samo i w gruncie rzeczy to nuda. Ja dodam, że może i tak, ale klimat bycia w zakonie asasynów i przemierzanie kolejnych uliczek Rzymu z epoki renesansu to coś niesamowitego - tego grze w żaden sposób nie można odmówić.


Kontynuując wątek wyglądu, Assassin's Creed: Brotherhood jak na moje oko nie robi żadnego graficznego postępu względem poprzednika. Po prostu wygląda tak samo rewelacyjnie, jak na sandboksa. Nadal mamy świetne tekstury, piękne widoczki czy mnogość postaci na mapie. Pojawiają się pop-upy czy lekkie ścięcia animacji, ale nie przeszkadza to na tyle, by w jakiś sposób obrzydzało rozgrywkę. Muzyka ponownie kosi i zasiewa nutami klimat odpowiedni dla wydarzeń, przenosząc nas w czasy renesansu. Co prawda pojawiają się znane już melodie, ale w żaden sposób się one nie postarzały. Cieszy też świetny voice-acting.

Pierwszy raz w historii serii pojawia się tryb wieloosobowy. Nikt tu raczej nie spodziewał się przepychu, stąd też „multi” zaskakuje choćby pomysłem na rozgrywkę. Najciekawiej wypada tryb Manhunt (mamy jeszcze "każdy na każdego" i potyczki składów), gdzie w szranki stają dwie czteroosobowe drużyny. Kapitanowie ekip wybierają postać jaką będziemy kierować i ruszamy do walki. Z tym że nie otwartej, a raczej walki nerwów. Drużyna asasynów ma pięć minut na zdobycie jak największej ilości fragów, z kolei obrońcy muszą ich za wszelką cenę unikać. Do tego przydatne jest spokojne wtapianie się w tłum, wypatrywanie podobnych postaci do naszej, celem zwiększenia szans, czy umiejętne używanie skillów bądź perków.

Jako asasyn dostajemy kontrakt na przeciwnika, wówczas radar pokazuje nam kierunek, a nawet podpowie, że wróg jest już w zasięgu wzroku. Może wydawać się łatwe, ale tak do końca nie jest. Jeżeli oponent wtopi się w tłum, a my zabijemy NPC, wówczas tracimy kontrakt, a przeciwnik ma szanse na wyprowadzenie ataku obronnego. Mimo rajcowności trybu, potrafi on denerwować. Gra obfituje w różnego rodzaju błędy, często w dziwny sposób zabijamy przeciwnika byle machnięciem ręki, a sam doskok z ukrytym ostrzem na plecy ma za duży zasięg. Do tego dochodzą zbyt mocne perki, jak na przykład wzrok templariusza ukazujący nam cele w tłumie i obrońcy idą bardziej na rzeź, niż na pole walki. W tryb jednak da się pograć i spokojnie można poświęcić mu kilka wieczorów.


Ciekawie prowadzona fabuła, wciągająca rozgrywka, klimat, piękna muzyka, świetna grafika i zabawa na co najmniej dwadzieścia godzin (i więcej), to atrybuty przemawiające „za” Assassin's Creed: Brotherhood. Lekka wtórność i brak większych zmian, może wpłynąć trochę negatywnie, ale efekt końcowy i tak jest rewelacyjny. Jedna z najlepszych gier tego roku, którą polecam każdemu.




Komentarze

Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.