Assassin’s Creed to dla mnie jedna z najważniejszych serii dla tej generacji konsol. Charakteryzuje ją ogromny otwarty świat, innowacyjny gameplay i mocno zakorzeniona w historii oraz religii, wciągająca jak bagno fabuła. Od premiery pierwszej części minęły ponad cztery lata, a półki sklepowe okupuje już czwarty (nie licząc gier na konsole przenośne) pełnoprawny fragment przygód Desmonda i spółki. Revelations, bo o nim mowa, miał być tym, czego chcieli gracze - zwieńczeniem historii Ezio i Altaïra oraz udzieleniem odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania, które pojawiły się na przestrzeni tylu lat. Konstantynopol, rok 1511Najbardziej rozbudowanym wątkiem gry są oczywiście dalsze poczynania Ezio Auditore da Firenze - asasyna dobrze znanego nam z dwóch poprzednich części. Ten nieco porywczy, acz szarmancki Włoch niestety nie jest już młodzieniaszkiem. „Pięćdziesiątka” na karku oraz bogate doświadczenia życiowe robią swoje. Temperamentnemu florentczykowi nie przeszkadza to jednak w pomyślnym kierowaniu Bractwem oraz podążaniu za zadaniem, które pozostawił mu Altaïr. Okazuje się bowiem, że ukrył on w twierdzy Masjaf bibliotekę. Miejsce to nie ma jednak obudzić w Ezio czytelniczej pasji, ale uświadomić mu, że sekrety głównego bohatera pierwszej części gry ukryte są w pięciu kluczach chroniących wejście do wspomnianego księgozbioru. Przedmioty te to jakby prototyp Animusa - za ich pomocą można bowiem przeżywać wspomnienia właściciela.
Pierwszy z nich znajdujemy w średniowiecznej siedzibie Bractwa, reszta jednak rozsiana jest po Konstantynopolu. To miasto spotkania dwóch kontynentów, a więc i dwóch kultur, robi znakomite wrażenie. Pierwsza zsynchronizowana wieża i w twarz uderza nas przede wszystkim ogrom dostępnej powierzchni wypełnionej różnego rodzaju budynkami. Zgodnie ze swoim zwyczajem Ubisoft zadbał także o rozlokowanie budowli o znaczeniu historycznym - horyzont ozdabia zatem m.in. Hagia Sofia, pałac Topkapı oraz liczne meczety. Kiedy zejdziemy na ziemię czeka nas kolejna niespodzianka w postaci świetnie oddanego klimatu Stambułu. Ulice wypełnione są ludźmi odzianymi w bogato zdobione stroje, handlarze na każdym kroku próbują wcisnąć nam wschodnie przyprawy i tkaniny, a gdzieniegdzie spotkamy nawet Araba spokojnie palącego sziszę. Widać, że twórcy nadal ulepszają swój silnik graficzny - liczba przechodniów i gęstość zabudowań widocznie wzrosły, a niektóre widoczki i sekwencje akcji najzwyczajniej cieszą oko. Poprawie uległa także mimika twarzy, ogólna animacja postaci oraz szczegółowość tekstur.
Wróćmy jednak do fabuły. W mieście wita nas Yusuf, miejscowy przywódca asasynów. I jak to zwykle w Assassin’s Creed bywa - nowi przyjaciele oznaczają nowe zabawki. W Revelations najważniejsze z nich to hak oraz bomby. Ten pierwszy to po prostu usprawnienie dla naszego ostrza pozwalające na szybszą wspinaczkę oraz spuszczanie się po rozwieszonych po całym mieście linach. Jeśli chodzi o materiały wybuchowe, to naszym zadaniem jest najpierw zebranie odpowiednich składników, a następnie wybranie interesującego nas wariantu przy każdym z trzech elementów budowy bomby. Modyfikować możemy obudowę z zapalnikiem, zawartość oraz siłę rażenia. Możliwości jest mnóstwo, a każda uzależniona jest od naszych aktualnych potrzeb - czy to musimy zwabić strażników jakimś nietypowym dźwiękiem, pozbyć się świadków korzystając ze smrodliwej zawartości ładunku lub najzwyczajniej w świecie rozwalić wszystko dookoła przy pomocy bomby odłamkowej. Brzmi ciekawie, aczkolwiek w praktyce wygląda to tak, że nosiłem przy sobie tylko zestaw dywersyjny i agresywny, używając ich gdy skończyła mi się amunicja do broni konwencjonalnej lub gra wymagała ode mnie użycia bomby w danej misji.

Wspierani przez młodego Sulejmana (później Wspaniałego, najznamienitszego władcy imperium osmańskiego), urokliwą Włoszkę Sofię no i samo Bractwo poszukujemy wspomnianych kluczy, wplątując się przy okazji w walkę o władzę wewnątrz rodziny sułtańskiej i prowadząc nieprzerwaną wojnę z Templariuszami. Tutaj nieocenioną pomocą będzie, znana z Brotherhood, rekrutacja asasynów. Wieże Borgiów bowiem zastąpiły tereny kontrolowane przez Zakon. Do nas należy ich przejmowanie, a następnie lokowanie w nich naszych uczniów. Jeśli jednak żaden z nich nie ma jeszcze tytułu mistrza (15 poziom doświadczenia), Templariusze mogą chcieć zemsty. Bronimy się przed nimi w dosyć niekonwencjonalny sposób, bo za pomocą mini-gierki na wzór produkcji z gatunku tower defense. Usadawiamy się gdzieś na dachu i tworzymy kolejne jednostki broniące dostępu do naszego terytorium przed nadchodzącymi ulicą wrogami. Zaczynamy od podstawowych strzelców i barykad, aby później, w miarę nabywanego doświadczenia, pozwolić sobie np. na kusze lub armatę ziejącą ogniem greckim. Trzeba przyznać, że rozwiązanie to jest powiewem świeżości w serii, a niektóre pojedynki potrafią być emocjonujące.
Masjaf, XII wiekKażdy z pięciu kluczy pozwala nam przez chwilę przenieść się w skórę Altaïra i poznać jego dalszą historię. Dzięki temu będzie dane nam ujrzeć dalszy rozwój związku bohatera z Marią Thorpe oraz wszystkie problemy związane z posiadaniem Jabłka Edenu, czyli np. dwudziestoletnie wygnanie z Bractwa. Obawiałem się, że wątek ten będzie bardzo naciągany i tylko sztucznie wydłuży wydarzenia w grze. Nic bardziej mylnego. Dzięki niemu cała historia wydaje się pełniejsza i bardziej klarowna, a gracz zyskuje niepowtarzalną okazję doprowadzenia do końca wszystkich spraw Altaïra. Człowieka- legendy, który we wczesnym średniowieczu był na tyle światły, że wiedział, iż szukać informacji o nim będą kolejne pokolenia.
Czasy współczesneSprowadza nas to oczywiście do Desmonda, dla którego jedynym ratunkiem przed załamaniem psychicznym po doświadczeniach pokazanych w Brotherhood było umieszczenie w Animusie. Od razu (zresztą nie po raz pierwszy w przypadku Assassin’s Creed) nasuwa się tutaj skojarzenie z „Matrixem” - nasz bohater żyje teraz w generowanej komputerowo rzeczywistości i jest niejako intruzem w całym systemie. Jedyną receptą na odzyskanie świadomości jest całkowita synchronizacja z Ezio oraz uporządkowanie własnych wspomnień. Z tym drugim wiąże się kolejna nowość w grze. Zbierając fragmenty danych jako Ezio otwieramy kolejne portale na wyspie, na której znajduje się Desmond. W każdym z przejść czeka nas platformowa minigra z perspektywy pierwszej osoby, przypominająca nieco Portal lub Mirror’s Edge. Poruszając się po surrealistycznych wnętrzach musimy odnaleźć drogę do wyjścia, stawiając przed sobą trójwymiarowe bloki. Wszystko opatrzone jest narracją Milesa, opowiadającego tak naprawdę całe swoje życie. Należy tu również wspomnieć o dobrze znanym nam z poprzednich części Obiekcie 16, który żyje już tylko w Animusie. Szybko staje się on przewodnikiem Desmonda i nie pozwala mu zwariować w całej tej sytuacji.
Po piętach cały czas depcze nam organizacja Abstergo. I o ile tryb dla jednego gracza praktycznie w ogóle nie zagłębia się w ten wątek, tak multiplayer skupia się całkowicie na duchowych spadkobiercach Templariuszy. Podobnie jak w Brotherhood, wcielamy się tutaj w rolę jednego z obiektów biorących udział w treningu na żołnierza organizacji. Następnie, po wybraniu postaci i przebrnięciu przez samouczki, dostajemy do wyboru kilka trybów (w tym debiutujący w serii Capture the Flag oraz nieco zmieniony Deathmatch) i teoretycznie możemy już grać. Teoretycznie, bo w praktyce, przynajmniej w moim wypadku, znajdowanie meczu trwało w nieskończoność. Jeżeli już uda nam się połączyć, możemy spodziewać się tego samego co w poprzedniej części, czyli lekkiego chaosu połączonego z ogólną nudą i przeciętnością rozrywki. Sytuację próbują ratować jeszcze perki i skórki dla postaci odblokowywane wraz z postępem w grze, ja jednak dalej będę bronił własnego zdania - multiplayer w Asssassin’s Creed jest najzwyczajniej w świecie niepotrzebny.

O ile Brotherhood było dla mnie rozczarowaniem, tak Revelations spełnia moje oczekiwania, i to z nawiązką. Poprzedniej części sagi trzeba przypisać znaczne rozbudowanie rozgrywki, jednak opowiedziana w niej historia zawodziła i stwarzała wrażenie zrobionej „na odwal się”. Najnowsze przygody Desmonda to już inna para kaloszy. Fabuła wyjaśnia wszystkie niedopowiedzenia związane z Ezio i Altaïrem, dodatkowo sadząc porządnego kopa ogólnym zakończeniem. Strona techniczna stoi na podobnym poziomie. Osobiście nie widziałem lepiej prezentującego się „sandboksa” wydanego na wszystkie „duże” platformy, wliczając pecety. Ogrywając tytuł niejednokrotnie zbierałem szczękę z podłogi, głównie przy momentach akcji, jak np. ucieczka po zapadających się podziemiach skalnych. Słowa uznania należą się także za ścieżkę dźwiękową, idealnie wpasowującą się w europejsko-orientalny klimat Konstantynopola. Gra co prawda nie jest idealna, bo Ezio nadal potrafi skoczyć w jakimś irracjonalnym kierunku, a minigry i tryb multiplayer to raczej dyskusyjne urozmaicenie. Wiem natomiast, że pod względem pełności fabuły (sam główny wątek, bez zadań pobocznych i zbieractwa to jakieś 15 godzin gry) i wypakowania zawartością Revelations to najlepiej wykonana część Assassin’s Creed jaka do tej pory powstała.
Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.