Niewątpliwie ostatnie dni w Internecie należały do długo oczekiwanego Battlefield: Bad Company. Wszystko za sprawą trzech trafionych parodii znanych gier. Lepszej promocji chyba nie można sobie wymarzyć, gdy entuzjazm graczy osiąga zenit, a ich portfele wręcz same się otwierają, by kupić produkt tuż na starcie. Gorzej gdy po premierze okazuje się, iż gra nie spełnia wszystkich oczekiwań, a Sieć huczy od negatywnych komentarzy. A tak jest w tym przypadku.
Kompania B – oddział wyrzutków, niezdyscyplinowanych żołnierzy, traktujących wojnę jako wielki plac zabawy - wita gracza z otwartymi ramionami. Jako „nowy koleś” szybko odkrywamy, iż jesteśmy na samym dnie wojskowego łańcucha pokarmowego, zawsze i wszędzie wykorzystywanego jako żywa tarcza i armatnie mięso. Taka pozycja społeczna szybko skłania do radykalnych zmian, a że wojak z nas żaden, łapiemy się każdych szybkich okazji. W tym przypadku dorwania legendarnego złota, zdawało się mitycznej organizacji militarnej, która stanęła nam na drodze podczas walk z oddziałami rosyjskiej armii.
Treść fabularna Battlefield: Bad Company do głębokich nie należy. W zasadzie opiera się na żartobliwych dialogach czteroosobowego składu partyzantów i trzeba przyznać, że taka „inna” forma uzupełniająca akcję gry zdaje egzamin. Od pierwszych pokazów next-genowego Battlefielda było wiadomo, że pozycja będzie tryskać humorem. Na szczęście dowcipy nie są wrzucone na siłę i śmieszą – o ile zna się język angielski, gdyż zabrakło polskiej lokalizacji, choćby kinowej. Nie ma również zbyt wielu wyreżyserowanych wstawek, a te nieliczne nie urzekają niczym, poza nutką żartu. Lecz szybka akcja, kłęby dymu, pyłu, tony sypiącego się gruzu oraz obszerne mapy skutecznie rekompensują ów fakt. Niestety, kampania kończy się po zaledwie siedmiu misjach (aczkolwiek bardzo złożonych), a zbieranie skrzynek ze złotem, czy unikalnych giwer, których nie sposób wybrać przed wypadem w teren do ekwipunku, nie wciąga na tyle, by przez kilkanaście dni katować te same zadania. Przynajmniej mnie. Niemniej jednak tryb dla jednego gracza wypada znacznie lepiej niż miało to miejsce w przypadku Battlefield 2: Modern Combat. Drażni tylko „nadpobudliwość” przeciwników, potrafiących dostrzec gracza z wielu dziwnych perspektyw, co często niszczy nasze plany uderzenia z zaskoczenia, niwelując używalność broni z tłumikiem niemal do minimum. Jednak parafrazując jednego z bohaterów ze wspomnianych parodii „dlaczego ma to być cicha misja?”.
Battlefield to od zawsze przede wszystkim rewelacyjna gra sieciowa i raj dla klanów. Głównie w tym aspekcie Bad Company zawiodło. Pomijając fakt, iż zlekceważono wsparcie dla zorganizowanych w zespoły ludzi - gra zupełnie nie oferuje ani lobby, ani możliwości założenia prywatnego serwera. Wśród graczy krąży już petycja o wdrożenie takowych. Pojawiły się również pierwsze pozytywne, choć nieoficjalne, głosy ze strony deweloperów w tej kwestii. Pierwszym wrażeniem jednak DICE nie błysnęło, wypuszczając produkt poniżej oczekiwań. Oczywiście szerzej opisywana przez nas przy okazji beta testów rozgrywka Gold Rush nie zmieniła się na minus. Dla przypomnienia: mapa została podzielona na strefy, w których znajdują się po dwie skrzynki ze złotem, zaś gracze na drużynę broniącą ów skrzynek i niszczącą je. Gdy obrońcy nie zdołają utrzymać pozycji, ich baza przenosi się w głąb planszy, powiększa się teren działań, pojawiają się kolejne cele obronne. I tak aż do ostatniego, „żywego” kufra, bądź ostatnich posiłków atakującej drużyny. Rozgrywka trzyma bardzo dobry poziom, a zabawa w czteroosobowym zespole przynosi wiele frajdy. Jednak, z bliżej niewiadomych przyczyn, dołączający skład serwer absurdalnie potrafi przydzielić do dwóch różnych drużyn, co kończy się na ponownym kompletowaniu ekipy.
Ostatecznie w tryb multiplayer wrzucono osiem map, co nie jest imponującą liczbą, aczkolwiek zdaje się być na starcie wystarczającą, gdyż przeważnie gracze odpowiednio szybko sortują swoje ulubione pola działań. Trochę naprzeciw temu wyszedł system grania „jedna po drugiej”, lecz takie rozwiązanie niepotrzebnie ogranicza użytkownika i najczęściej kończy się wyjściem z gry. Niemniej dzięki dużemu zróżnicowaniu każdy znajdzie coś dla siebie. Są zarówno małe, średnie, jak i ogromne plansze. Do tego takie z pojazdami, dającymi mnóstwo zastosowań taktycznych, nastawionymi na „full contact” i nie zmuszającymi do większego biegania po planszy, jak i bez nich. Ogólnie rzecz biorąc, mapy są dobrze wyważone, choć zdarzają się i trudniejsze pozycje do zdobycia dla jednej z drużyn.
Szczęśliwie poziom techniczny nowego Battlefielda nie zawiódł. Owszem, może i jakość tekstur, jak i różnorodność budynków nie powala, lecz gra skutecznie nadrabia owe mankamenty interakcją z otoczeniem, ilością detali oraz ogromnymi obszarami działań z dalekim horyzontem. Bad Company zasłynął głównie dzięki zniszczeniom. I faktycznie rozwalone w strzępy budynki, powalane drzewa, czy leje po pociskach w ziemi robią wrażenie. Również motion-capture - ogółem gra aktorska - stoi na najwyższym poziomie, dzięki czemu z wielką przyjemnością ogląda się wygłupy naszych bohaterów. Szczególny aplauz należy się dźwiękowcom, którym perfekcyjnie udało się zarejestrować wszelkie dźwięki wystrzałów, co na przykład zaowocowało wspaniałymi efektami echa. Pod tym względem Battefield: Bad Company jest na pewno w czołówce najlepszych tytułów.
„Osiem” to uczciwa ocena dla nowego Battlefielda. Po pierwsze nie skreśla tej, niestety wciąż, świetnie zapowiadającej się strzelanki online, a po drugie motywuje deweloperów do dalszej pracy, gdyż pozostaje nam czekać na wszelkie aktualizacje, poprawiające słabe strony, powszechnie wymieniane przez graczy błędy oraz dodające standardowe usługi. Wcale złym krokiem nie byłoby przesunięcie przez Electronic Arts premiery, dostrzeżenie wszystkich graczy czekających na klanowych portalach i dopięcie na ostatni guzik wszelkich usług na oficjalnej stronie. Trochę to przypomina politykę Sony – ma być, będzie, czekajcie. Ile? Tego nie wiadomo. Póki co nowy Battlefield doprowadził część graczy do białej, a nie złotej gorączki.