Ankieta

Od E3 2012 oczekujesz najbardziej:






Wideo:
Loading...


Czytaj o:
PlayStation 3

Battlestations: Pacific
Autor: Łukasz Zdeb   
10.06.2009.


                                                               Recenzja     Zapowiedź     Poradnik      Galeria     Lista Osiągnięć     Wywiad XCN

Eidos polubił drugą wojnę światową i atakuje nas nową grą o byciu dowódcą armii. Cała akcja, jak sugeruje tytuł, rozgrywa się na Pacyfiku. Na odczepnego wrzucono lakoniczną historyjkę o żołnierzach wyruszających na bitwę i powracających z niej, nie używając nawet dialogów. I tak naprawdę ów cztery renderowane filmy deweloperzy mogli sobie darować, bo celem nie było tworzenie jakiegoś hollywoodzkiego dramatu wojennego, tylko przybliżenie graczom działań wojennych z tamtego okresu. Stąd też mamy głównie odprawy i dialogi między jednostkami a centrum dowodzenia. W ogóle nieciekawe zresztą i w gruncie rzeczy pompatyczne.


Na ile gra odzwierciedla autentyczne wydarzenia z konfliktu pomiędzy USA a Japonią – należałoby zapytać historyków, bądź samemu je przestudiować. Na pewno twórcy dają graczom możliwość zmiany biegu historii, jak choćby poprzez wygranie przez Japończyków starcia o Midway. Niemniej żadna inna konsolowa produkcja nie oferuje takiego poczucia uczestnictwa w tych bitwach, jak Battlestations: Pacific. Zaczynamy jako Japonia, naturalnie atakując z zaskoczenia stacjonujące wojska amerykańskie w Pearl Harbor. Wcielając się w żołnierzy Kraju Kwitnącej Wiśni odbędziemy czternaście misji, podobnie jak w przypadku wojsk Stanów Zjednoczonych. O ile owe zadania obfitują w przeróżne urozmaicenia, np. sterowanie samolotami, łodziami podwodnymi, tudzież okrętami wojennymi, o tyle one same oferują tak ślamazarną rozgrywkę, iż nie sposób przy grze usiedzieć bez nerwów. Faktem jest, że to typowa gra „na wczucie się”, jednak można dostać szału, gdy nasz krążownik w żółwim tempie musi pokonać kilka mil morskich. Wówczas, ustawiwszy kurs, swobodnie możemy udać się na piwo. Co gorsza, misje w gruncie rzeczy są dość długie, a checkpointy pojawiają się sporadycznie. Jeśli kogoś poziom "Weteran" z Call of Duty doprowadzał do szewskiej pasji, to przy Battlestations: Pacific wyskoczy przez zamknięte okno.

Powiedzmy, iż mamy do zniszczenia lotniskowiec, którego położenia nie znamy. Spędzamy dobre dwadzieścia minut na znalezienie takowego, później sporo czasu na walkę z nim, którą przegrywamy z jego obstawą. I od nowa… To z pewnością nie jest granie dla czystej zabawy. Osoby szukające takiej raczej nie powinny podchodzić do produktu. Battlestations bardziej stawia na taktykę, o czym najlepiej świadczy specjalna mapka, jaką zaimplementowano. Problem pojawia się tam, gdzie zawsze w takich przypadkach – sterowanie. Uczymy się go przez całą grę - i to jest najgorsze. Zwolennicy Ace Combat połamią sobie palce za sterami samolotów, gdyż na przykład lewą gałką operujemy gazem, prawą zaś kontrolujemy całą maszyną. Ogólne poruszanie się między jednostkami, wysyłanie ich do zadań, zmienianie szyków i tak dalej, jest skomplikowane i słabo dopracowane. Gdy walczymy w jednym miejscu naszymi myśliwcami, musimy mieć na uwadze atakowane okręty, a przede wszystkim lotniskowiec, który zapewnia nam powietrzne posiłki. To plus jeśli chodzi o rozmach bitew, lecz jakiś tryb kooperacji byłby tu jak najbardziej wskazany.
 
Produkcja Eidos nie jest ani grą arkadową, ani symulacją. Stoi raczej pośrodku tych dwóch gatunków. Czasem trafią się nam nawet „power-upy”, jak zwiększenie na jakiś czas prędkości samolotu czy szybsza naprawa łodzi. Liczba jednostek imponuje (ponad 100 według producenta), a ponadto wykonane są dość starannie i przede wszystkim zadbano o dobry poziom ich destrukcji. Gorzej jest z elementami otoczenia – przykładowo nasza artyleria nie jest w stanie powalić drzew na atakowanej wyspie. Kontrowersyjnie prezentuje się samo unicestwianie celów. W tej samej misji niszczymy rakietami bunkier, by w późniejszym etapie nie móc uszkodzić przy ich pomocy zwykłego centrum dowodzenia. Gra zmusza nas do dokonania tego bombowcami nurkującymi. Niemniej eksplozje prezentują się dobrze. Sama zaś grafika niczym nie urzeka, bowiem obserwujemy tylko morze i niebo (choć ładnie wykonane), a czasem trafi się kawałek gruntu, niezbyt dobrej jakości. Ogółem jest jednak przyzwoicie. Najgorzej wypada muzyka. Huczące armaty są sugestywne, ale zapętlona kakofonia skutecznie męczy gracza.


Nie mamy do czynienia z wybitną produkcją, lecz na pewno potrzebną dla rynku konsolowego. Drugiej takiej gry trzeba by szukać ze świecą. Gdyby tylko ułatwić jakoś graczowi manewrowanie tą całą flotą i nie skazywać go na smętne pokonywanie mil morskich, to rozgrywka byłaby znacznie przyjemniejsza. Celowo pominąłem tryb multiplayer, bo o ile mógłby on podobać się, o tyle jedyne zainteresowanie nim wykazują nabijacze Osiągnięć – a one do łatwych nie należą.





Komentarze

Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.