Ankieta

Od E3 2012 oczekujesz najbardziej:






Wideo:
Loading...


Czytaj o:
PlayStation 3

Bodycount
Autor: Piotr Skubel   
25.09.2011.


                                                               Recenzja     Zapowiedź     Poradnik     Galeria     Lista Osiągnięć     Wywiad XCN

Firma Codemasters słynie przede wszystkim z rewelacyjnych gier wyścigowych, które co jakiś czas pojawiają się na rynku – są to zazwyczaj produkcje bardzo dopieszczone i niezwykle grywalne. Dziwi mnie zatem próba zdobycia serc graczy lubiących postrzelać z perspektywy pierwszej osoby, gdyż konkurencja na tym polu jest ogromna, więc sukces osiągnąć mogą jedynie tytuły ponadprzeciętne. O ile dwie ostatnie części serii Operation Flashpoint - również gry z gatunku FPS, tworzone przez wewnętrzne studia tej korporacji - były grami taktycznymi, więc zdołały zapełnić pewną niszę, jaka wytworzyła się w ostatnim czasie, tak omawiana produkcja to radosna naparzanka, w dodatku strasznie nijaka.


Do stworzenia Bodycount użyto silnika EGO, który kilka miesięcy temu błyszczał przy okazji premiery trzeciego DiRTa. Piękne krajobrazy, które mogliśmy podziwiać w tamtej grze odeszły jednak w niepamięć, a zastąpiły je średniej wielkości lokacje o bardzo nierównej jakości wykonania. Czasem rzeczywiście jest na czym zawiesić oko i czuje się moc narzędzi, przy pomocy których powstała ta pozycja, ale równie często mamy styczność z teksturami w niskiej rozdzielczości i ogólną bylejakością. Tyle tytułem wstępu.

Niestety niewiele można napisać o fabule, gdyż wyraźnie widać, że stanowi ona jedynie nieistotne tło względem nieustannej rozwałki. Jako żołnierz pewnej tajemniczej organizacji, nazwanej odkrywczo Sieć, musimy zaprowadzić porządek na świecie, co będzie wymagało zrujnowania połowy globu i dokonania masowego mordu na spotkanych przeciwnikach – nuda. Kampanię można ukończyć w jakieś pięć godzin, czyli nie jest to specjalnie długa przygoda. Tym bardziej, że poza głównym trybem nie ma tu zbyt wiele do roboty.

Sam pomysł na rozgrywkę był nawet niezły. Pozbywanie się oponentów w określony sposób, np. strzały w głowę, przez osłonę, od tyłu, czy dzięki granatom i eksplozjom z otoczenia, podbija mnożnik pokazujący ilu wrogów pokonaliśmy w stylu (powiedzmy) wyrafinowanym. Im więcej osób z rzędu, które zabijemy w ten sposób, tym lepsza ocena na koniec misji – i tu pojawia się pierwsza głupota: przy punktacji brany pod uwagę jest jedynie wspomniany mnożnik, a liczba zdobytych punktów nie ma żadnego znaczenia. Z pokonanych przeciwników wypadają ogromne ilości świecidełek, które pozwalają uzupełnić amunicję i granaty oraz zapełniają pasek umiejętności specjalnych. Te są cztery i potrafią uratować skórę w podbramkowych sytuacjach, a w kilku miejscach są wręcz niezbędne by pchnąć opowieść do przodu. Warto dodać, że niemal wszystkie cele sprowadzają się do eksterminacji bliźnich lub przytrzymaniu przycisku X w określonym miejscu, przez co gra staje się powtarzalna i szybko zaczyna nudzić.


Autorzy przygotowali w sumie siedemnaście poziomów, z których około połowa rozgrywa się w osobnych miejscówkach, a przez resztę czasu odwiedzimy lokacje już znane lub bliźniaczo podobne – jak na produkcję wysokobudżetową rozwiązanie dość nieuczciwe. Trzeba dodać, że nie wszystkie poziomy zostały zaprojektowane z pomysłem i czasem po prostu nie ma gdzie się ukryć przed gradem kul. Dodatkowo ich otwarty charakter sprawia, że beznamiętnie chodzimy od celu do celu i kompletnie nie mamy wrażenia uczestnictwa w czymś „większym”. Skutek łatwo przewidzieć – po kilku godzinach moim jedynym marzeniem stała się chęć ujrzenia napisów końcowych.

Po ukończeniu głównego dania miałem nadzieję na kilka udanych godzin w trybie wieloosobowym – niestety – chętnych na wspólną „zabawę” ciężko znaleźć, więc skończyło się na planach. Zaledwie po kilku tygodniach po premierze serwery są opustoszałe. Odnotuję tylko, że wśród dostępnych trybów mamy Deathmatch w dwóch wariantach – indywidualnym i drużynowym oraz Oblężenie, w którym należy odeprzeć kolejne fale wrogów. Nie powala także liczba dostępnych map, są jedynie cztery.

Z kwestii technicznych należy wspomnieć o słabej fizyce obiektów oraz niezbyt rozgarniętej sztucznej inteligencji. Co z tego, że niektóre elementy otoczenia niszczą się w wyniku ostrzału i eksplozji, jeśli wygląda to skrajnie nierealistycznie i potęguje wrażenie obcowania z tytułem drugoligowym. Podobny poziom prezentują głupawi oponenci, których jedyną siłą staje się ich ilość i niezwykła celność ostrzału. Jeżeli chodzi o dźwięk, to spodobał mi się jedynie główny motyw muzyczny, natomiast pozostałe elementy są tak nijakie, że nie sposób coś więcej o nich napisać.


Bodycount to tytuł, który mogę polecić jedynie najbardziej wyposzczonym miłośnikom pierwszoosobowych strzelanin – otrzymają oni kilka godzin nieangażującej rozgrywki i nawet mogą być zadowoleni. Pozostałe osoby z pewnością znajdą na rynku strzelankę lepszą i w dodatku tańszą, gdyż gier z tego gatunku nie brakuje. Jeżeli już koniecznie chcesz sprawdzić najnowsze dziecko studia Codemasters Guildford, to poczekaj na bardziej atrakcyjną cenę.




Komentarze

Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.