Można by pomyśleć, że poletko strzelanin zespołowych zostało już zapełnione seriami takimi, jak Battlefield, Call of Duty czy Gears of War, jednak czasami jakiś deweloper wychyla się z całkowicie nowym tytułem, który w zamyśle ma zmieść wszystko. Podobnie miało być z Brink, za którym stoi studio Splash Damage (odpowiedzialne m.in. za Enemy Territory), ale jak to zwykle bywa - nie wszystko poszło tak jak powinno.

Dwie walczące ze sobą frakcje, jedno miasto. Tak pi razy drzwi przedstawia się zarys fabularny gry. Akurat to jest najmniej istotne, bo mieliśmy dostać świetną strzelaninę FPP z olbrzymim naciskiem na rozgrywkę wieloosobową i efektowne przemykanie przez lokacje à la parkour. Pomysł wyglądał pięknie, ale tylko na papierze. Jeśli chodzi o swobodę ruchu i sterowanie, Brink nie jest drugim Mirror’s Edge. To jeszcze można zrozumieć, bo koniec końców ma to być zespołowa strzelanina a nie hasanie po okolicznych płotach, ale gdy zobaczyłem, że sterowana przeze mnie postać jest w stanie podskoczyć na raptem kilkanaście centymetrów, lekko się zdziwiłem. Co innego wspinanie się na wysokie platformy – wystarczy przytrzymać LB, klepnąć przycisk odpowiedzialny za felerny skok i już jesteśmy na górze.
Tworząc tryb kampanii panowie ze Splash Damage nie wysilili się za bardzo – zamiast konkretnego trybu single player, dostaliśmy po 10 multiplayerowych misji dla każdej frakcji, z czego każdą można rozegrać samotnie z botami, w trybie co-operative z innymi graczami lub przeciwko drużynie złożonej z prawdziwych graczy. Na każdej mapie zostało wyznaczonych kilka celów do wykonania, z czego praktycznie nikt nie stara się żeby robić je poprawnie. Problem chyba leży w kiepskiej intuicyjności – cele wybiera się ze specjalnego koła, które rozwijamy strzałką w dół. Większość wymaga odpowiedniej klasy postaci – ładunki wybuchowe podłożymy inżynierem, hackowanie należy do szpiega, medyk zajmuje się leczeniem, to jest sprawa oczywista. Gorzej, że nikt nam nie powie jaką profesję trzeba wybrać, aby zrealizować główny cel. W efekcie kwiatki typu cała drużyna jest inżynierami, kiedy trzeba włamać się do systemu komputerowego to chleb powszedni.
Bałagan jest okrutny, a typowych wieloosobowych trybów nie znalazłem. Fajnie, że różnorodność zadań jest wysoka, ale strzelaniny FPP kojarzą mi się również z deathmatchem, zbieraniem flag i innymi klasycznymi rozwiązaniami. Tutaj tego nie było, a szkoda, bo z pewnością wiele osób chciałoby postrzelać bez stresu. Twórcy gry woleli poświęcić czas na możliwość customizacji postaci. Możliwości jest pierdyliard, ale tak na poważnie kogo obchodzi, czy moja postać ma krótkie spodenki, irokeza na głowie czy wiejską apaszkę? Oprócz tego za każdy mecz zbiera się punkty doświadczenia i nabija levele, dzięki czemu można rozwijać umiejętności swojego chłopka.
Oprawa audiowizualna budzi we mnie dość mieszane uczucia . Graficznie nie ma rewelacji, a długie dogrywanie się tekstur gryzie w oczy. Dźwięk z kolei doprowadzał mnie do szału za sprawą tragicznego voice actingu. Angielskie dialogi z rosyjskim akcentem i ciągłe powtarzanie się słowa „brothers” w różnych kombinacjach przyprawiały mnie o mdłości. Ciekawym patentem jest to, że komunikaty wypowiadane przez boty słychać w headsecie. Ogółem spodziewałem się czegoś lepszego, przynajmniej na trailerach sprzed kilku miesięcy Brink wyglądał ładniej, albo po prostu wyidealizowałem sobie w głowie produkt pod wpływem hype’u.

I teraz najważniejsze – czy warto wydać ciężko zarobione pieniądze na tę grę? Moim zdaniem nie. Główny „wątek fabularny” można zaliczyć w ciągu dwóch wieczorów, a wątpliwe że ludzie będą grali w Brinka ot tak dla zabawy. Niedługo wyjdzie Gears of War 3, nowy Battlefield, Call of Duty, więc gra od Splash Damage najzwyczajniej w świecie nie przetrwa próby czasu. Łowców osiągnięć przyciągnie całkiem łatwy, jak na obecne czasy, calak.
Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.