Witaj w akademii Bullworth, szkole z internatem, gdzie jako Jimmy Hopkins trafiasz celem resocjalizacji i naprostowania swojego trudnego charakteru. Déjà vu? Możliwe. Z podobną historią mogłeś mieć do czynienia niemal dwa lata temu. Rockstar odcina kupony? Czy może daje nam możliwość zagrania w grę, która do niedawna była exclusivem na PS2, aby umilić nam czekanie na GTA?
Najnowszy wypluty przez Rockstar twór - Bully: Scholarship Edition (wcześniej znany jako po prostu Bully, bądź Canis Canem Edit) – jest, jak już wiadomo, konwersją z PlayStation 2. Wkomponowano oczywiście kilka dodatków. Idąc jednak od początku, jeśli nie miałeś wcześniej do czynienia z tym tytułem, śpieszę się z wyjaśnieniami. Wyobraź sobie ugrzecznione GTA - z mniejszym obszarem działań, bez krwi i rozbijania się kradzionymi furami, za to przeniesione do szkolnego światka. Konieczność walki o szacunek wśród szkolnych napinaczy, obowiązek uczęszczania na lekcje, zabawy w złodzieja rowerów czy w końcu wyrywanie starszych koleżanek? Jest ciekawie. Bohater, którym przyjdzie nam kierować - łysy 15 latek o mordzie typowego szkolnego zabijaki - trafia do szkoły z internatem. Już po pierwszej rozmowie z dyrektorem widzi, że zaostrzony rygor panujący w akademii nie pozwoli mu się dobrze bawić. Pal licho rygor – gorzej, że inne dzieciaki zaczynają go dręczyć, na co Jimmy szybko reaguje obijając delikwentów. Od tego momentu rozpoczyna się wojna o szacunek. Szkoła podzielona jest na kilka frakcji, zyskując sympatie jednej (za wykonywanie odpowiednich misji) narażamy się drugiej, czasem przyjdzie nam też robić zadania dla ciała pedagogicznego.
Na brak humoru i mało zróżnicowane misje nie możemy narzekać – w jakiej innej grze musisz wykraść z damskiego dormitorium brudną bieliznę dla zboczonego WFisty? Fajnie rozwiązano interakcje z innymi uczniami – nic nie stoi na przeszkodzie, aby zrobić delikwentowi „pokrzywkę”, zapakować go do kosza na śmieci, bądź spuścić mu głowę w okolicznym kibelku. Oczywiście dręczenie rówieśników jest karalne – w Bullworth Academy rola strażników prawa należy do prefektów. Za małe przewinienia wystarczy ich przeprosić, za większe trzeba już uciekać chowając się po okolicznych śmietnikach, chyba że chcesz wykonywać prace społeczne (koszenie szkolnego trawnika)? Prefekci ścigają Cię także za wagarowanie – to, czy pójdziesz na lekcje zależy tylko od Ciebie. Jednak warto zaliczać poszczególne przedmioty ze względu na to, że większość z nich odblokowuje przydatne perki (możliwość całowania dziewczyn bez dawania im prezentów, ulepszenia broni, zaznaczanie na mapie popierdółek do zebrania…). Do zestawu lekcji znanych z pierwszej wersji gry – angielski, chemia, WF, warsztaty, sztuka i fotografia - dorzucono cztery nowe lekcje: geografia, matematyka, muzyka i biologia. Trzeba przyznać, że dodane zajęcia są wiele ciekawsze od poprzednich. Kolejne zmiany to kilka misji, cztery nowe postacie i zestaw mini gierek dla dwóch graczy (nie polecam się w nie zagłębiać).
Nadszedł czas na rozpisanie się na temat oprawy audiowizualnej – soundtrack przypadł mi do gustu, wprawdzie nie usłyszymy w grze licencjonowanych kawałków, ale muzyka stworzona na potrzeby gry idealnie buduje klimat całości. Spokojne melodyjki z wyraźnie zarysowanym basem nabierają tempa po wskoczeniu na rower, a podczas bijatyk w tle przygrywa oldschoolowo brzmiący kawałek. Sporo „instrumentów” użytych do stworzenia oprawy dźwiękowej przywodzi na myśl dawne czasy. Jeśli oczekujesz od Bully dobrej grafiki, to muszę Cię zawieść – nic specjalnego pod tym względem nie ujrzysz. Panowie z Rockstar nie wysilili się i dali nam oprawę godną PS2, tyle że z podbitą rozdzielczością i lepszymi teksturami. Mogło być ładniej, gdyby modele postaci wyglądały jak te z Table Tennis… Animacja też potrafi chrupnąć - w zamkniętych pomieszczeniach zdarza się, że śmiga w 60 klatkach, a po wyjściu na otwarty teren zwalnia do połowy, jak nie więcej, tej wartości. Jednak w grach tego typu grafika schodzi na dalszy plan, najważniejsza jest tu grywalność – zapewniam, że szybko pozwala zapomnieć o kiepskiej oprawie.
Gra wciąga jak bagno, mimo zaliczenia jej dwa lata temu, po dorwaniu się do nowej, usprawnionej wersji, siedziałem przy Bully po pięć godzin dziennie, zarywając noce i chodząc potem jak niewyspany kłębek nerwów. Było warto, dawno nie miałem tytułu, w którym tak ochoczo chciałem wycisnąć calaka. Zajęło mi to 20 godzin, co nie jest złym wynikiem, biorąc pod uwagę fakt, że większość wydawanych dzisiaj pozycji pęka w 5-7 godzin. Jestem pewny, że przy pierwszym podejściu, bez zbędnego pośpiechu, gra starczy na nieco ponad 30 godzin. Świetnie skonstruowano w niej Achievementy – Osiągnięcia dostajesz za rzeczy, które robisz z przyjemnością i większość sama wpada z upływem czasu. Podszczypywanie dziewczyn czy obrzucenie jajkami odpowiedniej liczby samochodów to sama przyjemność. Warto jeszcze wspomnieć o pewnej drażniącej kwestii, która może być przeszkodą do delektowania się Bully dla osób bez Xbox Live – otóż, po premierze mnóstwo graczy zgłaszało problemy z zawieszaniem się gry. Ot, tak po prostu była w stanie stanąć w każdym momencie. Chyba nie muszę mówić jak bardzo potrafiło to wkurzyć? Na szczęście lada chwila pojawiła się odpowiednia łatka, która miała wyeliminować ten problem – na moje 20 godzin gra rozkraczyła się tylko raz. Jeśli nie masz Xbox Live, weź to pod uwagę zanim wydasz pieniądze, bo bez podpięcia konsoli do sieci aktualizacji niestety nie ściągniesz.
Czy warto? Jeśli szukasz czegoś, co pomoże Ci złagodzić ból oczekiwania na nowe Grand Theft Auto, Bully: Scholarship Edition będzie idealnym lekarstwem. Wprawdzie jest to dwuletnia gra po lekkim liftingu, jednak jest sprzedawana po niższej cenie niż inne tytuły. Osobiście bawiłem się doskonale i mam cichą nadzieję, że za jakiś czas pojawi się sequel – w końcu jest mnóstwo patentów, które można by było wykorzystać w tego typu pozycji. Osoba, która zaliczyła Bully na konkurencyjnej platformie Sony niech odejmie od oceny końcowej jedno oczko.