Ankieta

Od E3 2012 oczekujesz najbardziej:






Wideo:
Loading...


Czytaj o:
PlayStation 3

Burnout Paradise
Autor: Marcin Pawłowski   
02.02.2008.


                                                               Recenzja     Zapowiedź     Poradnik     Galeria     Lista Osiągnięć     Wywiad XCN

Recenzja Burnout Paradise: The Ultimate Box

Serii Burnout żadnemu miłośnikowi wirtualnej motoryzacji raczej przedstawiać nie trzeba, a zwłaszcza osobom zagrywającym się w pozycje o typowo zręcznościowym podejściu do rozgrywki. Właśnie na platformy obecnej generacji trafia kolejna odsłona, z największymi zmianami od początku istnienia tej serii. Ewolucja jest czymś zawsze pożądanym, rewolucja już niekoniecznie. Z czym mamy do czynienia w przypadku Paradise?

Bram do raju stworzonego przez Criterion Games nie otwiera nam o dziwo św. Józef. Do środka zaprasza znany otwór Guns N’ Roses "Paradise City". Na pierwszy rzut oka miasto wygląda naprawdę solidnie. Widzimy współczesną metropolię, z wysokimi wieżowcami, szklanymi domami i dobrym asfaltem, w sam raz do ostrego palenia gumy. Udostępniony do eksploracji obszar jest wystarczająco rozległy - można wybrać się na pobliskie szczyty górskie czy objechać spore jeziorko, a dojechanie z jednego końca mapy na drugi zajmuje dłuższą chwilę. Ruch uliczny, jak na miasto o takim rozmachu, nie jest zbyt olbrzymi. Jednak korki czy kilkadziesiąt dodatkowych samochodów, przewijających się tu i ówdzie, w zbyt dużym stopniu mogłyby utrudnić poruszanie się.


Oddanie do dyspozycji gracza tak wielkiego terenu jest największą zmianą w porównaniu do poprzednich części, gdzie jedynie mogliśmy ścigać się po ograniczonych i z góry narzuconych trasach. Od razu przychodzi tutaj na myśl Test Drive Unlimited, ostatnie wyścigi dające wielką swobodę. Podróżowanie po wyspie Oahu nie sprawiało jednak takiej frajdy, jak zwiedzanie zakamarków Paradise City. Twórcy przygotowali mnóstwo skrótów, skoczni czy skrytek, których znalezienie zajmuje minimum kilka ładnych godzin. Dzięki takiemu zabiegowi przejażdżki pomiędzy zawodami nie są żadną udręką, a nawet można nie robić nic innego tylko szukać poukrywanych bilbordów albo parkingów. Samo startowanie wyścigów przemodelowano w ten sposób, że zatrzymujemy się na praktycznie dowolnym skrzyżowaniu i tam decydujemy się czy chcemy wziąć w nich udział, czy nie. Do dobrze znanych trybów doszły dwa kolejne: Stunt Run oraz Marked Man. W pierwszym musimy w określonym czasie zdobyć wyznaczoną sumę punktów, wykonując przeróżne zwariowane manewry oraz skoki. W drugim wystarczy dojechać z punktu A do B, nie dając się zniszczyć grupce atakujących wozów.


Niestety swobodę podróżowania po mieście mamy także w samych zawodach. Czemu „niestety”? Jakoś po drodze zgubił się dawny klimat Burnouta. W poprzednich częściach wyścigi polegały przede wszystkim na zaciętej rywalizacji z przeciwnikami i ruchem ulicznym. Tutaj trzeba głównie pilnować dobrej drogi do mety… Mnie osobiście średnio bawi rola kartografa i patrzenie się na mapkę w rogu ekranu zamiast przed siebie. Niby pomagać nam mają mrugające nazwy ulic, ale stanowią raczej słabe wsparcie w sytuacji, w której mamy ułamek sekundy na decyzję. Warto przy okazji wspomnieć o nowym sposobie pokazywania rozkładającego się na części pierwsze pojazdu, kiedy to nieszczęśliwie zderzymy się z jakąś ścianą, która nagle wyrosła metr przed maską. Do samej wizualizacji wypadków nie ma można mieć zarzutów, gdyż spełniają początkowo swoje zadanie – są niezwykle widowiskowe. Nie ma nic piękniejszego niż oglądanie składającego się jak harmonia wraku, jednak do pewnego momentu. Stanowczo przesadzono z czasem trwania tych wstawek, bo oglądanie po raz któryś z kolei długiej, takiej samej, fragmentacji samochodu nie jest w ogóle przyjemne.

Oczywiście nie jest tak, że w Burnout Paradise tryb dla pojedynczego gracza wychodzi w akcji kiepsko. Nadal jest to świetna rozrywka z ostrą jazdą „po czym tylko się da” w rolach głównych. Na widowiskowości ani trochę ta część nie traci w porównaniu do poprzedniczek. Szkoda tylko, że przyjemność płynąca z eksploracji dostępnego w całości od początku miasta nie przekłada się na same uczestnictwo w wyścigach. Przygotowano w sumie 120 zawodów, których znalezienie i przejście zajmuje mnóstwo czasu. Ciągle jednak jesteśmy zmuszeni do robienia tego samego, bo jest jedynie kilka punktów, w których może być umiejscowiona meta. Od większego zróżnicowania jeszcze nikomu źle nie było, ale panowie z Criterion o tym widocznie zapomnieli. Do tego single player opiera się na zdobywaniu licencji, a wraz z osiągnięciem każdej resetowane są nasze postępy w zaliczaniu zawodów. Znużenie przychodzi w takim razie zdecydowanie zbyt prędko i jazda wychodzi bokiem. Denerwuje brak możliwości powtórzenia jakiegoś wyścigu, jeśli nie pójdzie nam w nim tak, jak byśmy sobie tego życzyli – trzeba za każdym razem wracać na konkretne skrzyżowanie, nawet jeśli znajdujemy się w tym momencie na drugim końcu „rajskiej” metropolii. Lamentowanie mogą także rozpocząć fani niezwykle wciągającego trybu Crash, który opierał się na wywołaniu jak największej zadymy. Zastąpiono go tzw. Showtime - zabawą polegającą na sterowaniu wrakiem i strącaniu kolejnych pojazdów na drodze. Jest to zdecydowanie zbyt proste, a do tego mało wciągające. Zabrakło jakiegoś większego polotu i pomysłu, a szkoda.

Nowy Burnout nabiera za to skrzydeł w sieci. Tutaj samo rozbijanie się po mieście w grupce kilku znajomych sprawia olbrzymią radochę. Nie ma to jak zawzięte wymienianie się ze znajomym takedownami. Jak jeszcze koledzy mają kamerkę i robią głupie miny, to śmiech w słuchawkach może być słychać cały czas. Największą władzę ma host rozgrywki, który może w każdym momencie zdecydować o wystartowaniu wyścigu. Wybiera wówczas punkt startowy oraz metę na mapie, ale ma także możliwość wyznaczenia punktów kontrolnych, przez które należy przejechać. Ogranicza to wtedy swobodę w wyborze trasy i przypomina w większym stopniu ściganie się znane z poprzednich części. Oprócz tego przygotowano zestaw 350 zadań do wykonania. Najczęściej polegają na dojechaniu do konkretnego miejsca, zrobienia jakiejś figury samochodem czy dobrego zaparkowania pomiędzy innymi furami. Jest co robić przez długie godziny. Szkoda tylko, że większość wyzwań jest bardzo prosta. Brakuje kilku więcej z nieco wyżyłowanym poziomem trudności. Poza tym w każdej z siedmiu sekcji po 50 powtarzamy w koło te same czynności. Cieszy z kolei niezwykła prostota interfejsu online – wystarczy kilka wciśnięć na "krzyżaku" i już zapraszamy do swojego miasta kumpli, bądź sami do kogoś dołączamy.


Oprawa graficzna Paradise stoi na bardzo wysokim poziomie. Miasto wygląda naprawdę pięknie, widać w wielu miejscach spore przywiązanie do detali deweloperów. Nie inaczej prezentują się samochody, których przygotowano kilkadziesiąt (podzielono je na trzy klasy Speed, Stunt oraz Aggression). Do tego całość śmiga w stałej liczbie klatek, bez większych spadków nawet przy ogromnych zadymach i wybuchach w trybie Showtime, gdzie ruch na drodze się zdecydowanie zwiększa. Taki sam wysoki poziom ma udźwiękowienie – furki ładnie pracują, a opony piszczą jak w rzeczywistości. Soundtrack to przede wszystkim połączenie ścieżek ze starszych odsłon serii, z kilkoma nowymi dodatkami. Mnie osobiście się przyjemnie przy większości jeździ, ale tu w grę wchodzą subiektywne odczucia.

Burnout Paradise mogę z czystym sumieniem polecić każdemu, kto lubi zręcznościowe i widowiskowe wyścigi. Jeśli dodatkowo jesteś fanem poprzednich części, to obowiązkowo powinieneś skusić się i odwiedzić nową siedzibę serii w Paradise City. Sporo elementów można było zrobić znacznie lepiej, dzięki czemu znużenie wkradałoby się później, ale nie zawsze ma się wszystko od razu. Oddanie wielkiego obszaru do swobodnego zwiedzania w moich oczach jest strzałem w dziesiątkę i świetnym sposobem na odświeżenie serii, unikając oskarżeń o brak konkretnych i zdecydowanych zmian. Wolałbym jednak, gdyby same zawody odbywały się na wytyczonym i zamkniętym kawałku, tak jak ma to miejsce w Test Drive Unlimited. Na szczęście przyłożono się do trybu sieciowego, który mimo kilku dziwnych błędów (głównie z serwerami) stanowi najsmakowitszy kąsek. Pozostaje mieć nadzieję, że Criterion wyciągnie wnioski i w kolejnej części, która z pewnością prędzej czy później ujrzy światło dziennie, poprawi niedoróbki. Może wówczas dane nam będzie ścigać się również w nocy i w zmiennych warunkach pogodowych?




Komentarze

Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.