Wreszcie, dzięki Ubisoft, pierwsza z nadchodzących „polskich gier” trafiła do czytników posiadaczy konsol Xbox 360. Za Call of Juarez odpowiada nie kto inny jak wrocławskie studio Techland. Polacy wzięli się za stworzenie gry, której akcja umiejscowiona została na Dzikim Zachodzie. Mimo to cała zabawa nie opiera się na przesiadywaniu w Saloonie, piciu wody ognistej i oglądaniu źle prowadzących się kobiet, delikatnie to ujmując. Jak im wyszedł westernowy FPS?
Fabułę skonstruowano dość ciekawie. Zaczynamy jako młody chojrak Billy, który nazwiska się niestety nie dorobił. Ojczym go bije, prawdziwego ojca nie zdążył poznać, szeryf pobliskiego miasteczka mocno wkurza, a do tego nikt za nim nie przepada. Żyjąc w takim stresie nie mógł wyjść na porządnego obywatela. Jakby tego było mało, wplątał się w niezłą aferę. Uciekając przed goniącymi go poganiaczami krów usłyszał z zamieszkiwanej przez niego posiadłości krzyk matki. Kiedy dotarł na miejsce zastał straszny obraz – rodzinę ktoś zamordował, a na drzwiach stodoły wysmarował ich krwią napis „Call of Juarez”. Tak miejscowi nazwali legendarny aztecki skarb, który ponoć przynosi same nieszczęścia.
 W tym momencie przenosimy się do drugiego ze sterowanych przez nas bohaterów, pastora Raya. Ten kowboj przeszło dwadzieścia lat nie robił nic innego prócz czytania Pisma Świętego, pilnował się jak mógł, żył w cnocie i stronił od używek. Nic więc dziwnego, że w końcu mu ostro odbiło. Jako pierwszy dotarł na miejsce zbrodni i zastał tam Billy'ego. Na dodatek musiał jeszcze nakopać kilku miejscowym łachmytom i szabrownikom, którzy go ostro zdenerwowali. Poczuł w żyłach mocniejsze powołanie i rozpoczął w tym momencie krucjatę przeciwko złu. Postanowił za wszelką cenę schwytać chłopaka, a przy okazji sprzątnąć każdego bandytę, który stanie na jego drodze. Tak oto poznajemy pana trzymającego w jednym ręku Biblię, a w drugiej spluwę - „prawą rękę Boga, Jego miecz”, jak sam zaczął się tytułować. Mamy zatem znany z literatury i filmu motyw pogoni. Billy próbuje za wszelką cenę uratować skórę i znaleźć pomoc, a zwariowany ksiądz niczym Tommy Lee Jones ze „Ściganego” chce go dopaść i osądzić. Cała historia jest całkiem ciekawa i wciągająca. Przeskakiwanie praktycznie co epizod z jednej postaci na drugą nadaje sporego dynamizmu rozgrywce, dzięki czemu nie czujemy się znużeni zabawą. Do tego mamy okazję obejrzeć całość z obu stron barykady. Na dodatek każdym z bohaterów inaczej gramy. Ray niszczy praktycznie wszystko na swej drodze i odwala ostrą rzeźnię gdziekolwiek się tylko zjawi. Billym raczej próbujemy przedostać się gdzieś chowając w cieniu, przez nikogo nie zauważeni, a ubijać przeciwników staramy się cichcem – na przykład strzałem w głowę z łuku. Sam dostępny arsenał jest wiernym przeniesieniem tego czym dysponowali poganiacze bydła z prawdziwego Dzikiego Zachodu. Mamy więc do dyspozycji różnego rodzaju rewolwery czy strzelby (oryginalne Colty czy Winchestery) oraz wspomniany wcześniej łuk, zawinięty napotkanym na drodze Apaczom. Samo strzelanie to typowa rozgrywka FPS, czyli leć do przodu i nie padnij pierwszy. Twórcy chcąc urozmaicić nieco całą zabawę dorzucili jeszcze coś a'la bullet-time i pojedynki. W pierwszym przypadku, co jakiś czas spluwa zaczyna nam charakterystycznie migać. Chowamy ją wtedy do pochwy i wyciągamy, gdy chcemy uruchomić zwolnione tempo. W akcji wyszło to nawet całkiem ciekawie i przydaje się podczas wojaży. Pojedynki to z kolei fajnie przygotowana walka z bossami. Na górze ekranu pojawia się licznik, kto po upływie czasu jako pierwszy wyciągnie pukawki i położy przeciwnika, ten wygrywa. Od strony oprawy wizualnej Call of Juarez prezentuje się średnio. Widoczki czy miejscówki, które przemierzamy wyglądają zazwyczaj całkiem ładnie. Tekstury są z reguły wysokiej jakości, ale mnie osobiście niezmiernie denerwował dodawany do zbliżeń dziwny blur. Z tła robi się jedna wielka pikselowata plama. Na szczęście nie zdarza się to zbyt często. Oprawa dźwiękowa została odpowiednio przygotowana. Tempo oraz nastrój muzyki zmieniają się w zależności od rozgrywanych wydarzeń. Wiemy dzięki temu czy jesteśmy w zagrożeniu czy możemy iść spokojnie przed siebie. Kawałki są miłe dla ucha i przyjemnie pogrywają podczas siania zniszczenia oraz podróżowania. Osoby polujące na szybkie punkty Gamerscore raczej nie powinny szukać tutaj łatwego „calaka”. Osiągnięcia dość dobrze rozłożono na kampanię oraz multiplayera. Do tego zamiast standardowego „ukończ level x” mamy w każdym poziomie wykonać konkretne zadanie, typu zestrzel kilka kapeluszy z głów złym panom albo dosięgnij strzałą z łuku określoną liczbę przeciwników. Oczywiście jest też zbieranie jakichś pierdółek, tutaj konkretnie plakatów poszukiwanych bandytów, na których developerzy umieścili swoje facjaty. By wyciągnąć coś więcej z Call of Juarez pod względem GS trzeba będzie nieco posiedzieć nad grą.
Strzelanka przeniesiona na tereny Dzikiego Zachodu wypadła naprawdę pozytywnie w moim odczuciu. Klimat z popularnych za PRLu filmów z Johnem Waynem czy innymi popaprańcami oddano dość wiernie- jest standardowo jak dla westernów, czyli dużo strzelania i typów spod ciemnej gwiazdy, bawiących się rewolwerami. Oczywiście nie jest idealnie, coś tam lubi chrupnąć czy zanudzić. Jednak jak komuś przejadło się już walanie laserami do różnego rodzaju ufoludków czy zabawa w kierownika oddziału antyterrorystycznego, to powinien sprawdzić samemu w akcji polskie Call of Juarez. Ot, taki miły przerywnik na wakacje pomiędzy różnymi wielkimi produkcjami.  Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie. Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.
|