Ankieta

Od E3 2012 oczekujesz najbardziej:






Wideo:
Loading...


Czytaj o:
PlayStation 3

Clive Barker's Jericho
Autor: Paweł Michalak   
07.12.2007.


                                                               Recenzja     Zapowiedź     Poradnik      Galeria     Lista Osiągnięć     Wywiad XCN

Trailer Jericho wyglądał bardzo zachęcająco. Przedstawiał grupę żołnierzy wkraczających do katakumb, którzy dokonują dość makabrycznego odkrycia. W tym samym momencie zostają zaatakowani przez hordę istot, które, powiedzmy szczerze, wyglądały na rozkładające się od dłuższego czasu zwłoki. Wszystko bardzo ładnie zrealizowane, budzące grozę, z fajnym motywem muzycznym. Nic tylko składać preorder lub kupować w dniu premiery w najbliższym sklepie. Niestety w samej grze nie do końca jest tak różowo.


 Jericho to drugi ukończony tytuł syngnowany przez Clive’a Bakera, znanego twórcy opowiadań łączących w sobie motywy z gatunków horroru i fantasy. Pisarz czuwał nad warstwą fabularną oraz nad spójnością całego świata. Jednak dla nas ważniejsza jest grywalność całego tytułu niż znane nazwiska, pojawiające się w reklamie, bo z tym bywa różnie. Wspomniany przeze mnie trailer, stanowi wstęp do całej opowieści, a dokładnie sen Kapitana Devina Rossa, w którego dane będzie nam się wcielić. Z nocnego koszmaru wyrywa naszego bohatera dzwoniący telefon. Prawdziwa tragedia ma się jednak dopiero zacząć...
 Niedługo po rozmowie telefonicznej znajdujemy się już na pokładzie helikoptera wraz z naszymi kompanami i wyruszamy uratować świat od zagłady. Brzmi znajomo, nieprawdaż? Tym razem winnym całego zamieszania jest nijaki Arnold Leach, jeszcze niedawno będący członkiem organizacji, do której przynależy oddział Jericho. W pościgu za Leache’m docieramy do miasta Al-Khali, a właściwie tego, co po nim pozostało. Mamy za zadanie odnaleźć członków poprzedniej ekipy, z którą nie ma łączności z powodu szalejącej ogromnej burzy piaskowej. W taki sposób także i my zostajemy odcięci od świata. Bardzo sprytnie. Oczywiście prócz misji ratunkowej musimy zlikwidować Leache’a. Całość jednak nie jest taka prosta. Już na początku gry pojawia się pod postacią dziecka istota zwana Firstborn. Jak się dowiadujemy, Firstborn to błąd w siedmiodniowym akcie stworzenie świata prze Boga. Stworzona przed Adamem i Ewą bezpłciowa istota nie podobała się Bogu i została zesłana w niebyt, z którego co jakiś czas próbuje się wydostać. Teraz jest właśnie taka pora. Dodatkowo fabuła sięga przez drugą wojnę światową, wyprawy krzyżowe, Imperium Rzymskie, aż do starożytnej Sumerii.

Sama gra natomiast sprowadza się do eksterminowania całych rzeszy nieumarłych oraz innych istot, którym nie pomoże nawet najlepszy salon kosmetyczny. Do ich eliminacji dostajemy cały arsenał w postaci... karabinu i pistoletu? Tak, wyposażenie kapitana Rossa jak widać nie jest imponujące, ale tutaj własnie tkwi cała moc Jericho. Otóż w bardzo sprytny i ciekawy sposób, którego Wam oczywiście nie zdradzę, aby nie psuć przyjemności z gry, otrzymujemy zdolność kontroli naszych współtowarzyszy, a w związku z tym także używania ich mocy, a tutaj opcji jest już sporo. Przykładowo Black posiada zdolność telekinezy, pozwalającą przemieszczać przeszkody na naszej drodze. Jako że jest snajperem, może używać specjalnych pocisków, które prócz tego, że mogą być sterowane, przebijają się przez przeciwników, pozwalając nam na likwidowanie kilku jednym strzałem. Church za to ma zdolność tworzenia ogniowej bariery i znaku krwi, który powoduje unieruchomienie oponentów w określonej odległości, co w połączeniu z jej zabójczym mieczem jest bardzo efektywnym i efektownym rozprawianiem się z wrogami. A to tylko przykładowe zdolności naszej drużyny.

Oprócz kontrolowania bezpośrednio postaci, cały zespół jest podzielony na dwie drużyny, którym możemy wydawać rozkazy. Komendy sprowadzają się praktycznie do dwóch: za mną oraz stop. Niestety, po pierwsze przydają się tylko na otawrtych terenach gdzie mamy jeszcze jakieś pole manewru, ewentualnie w miejscach, gdzie wolicie sprawę załatwić sami; po drugie tych miejsc, gdzie mamy trochę miejsca jest bardzo mało; a po trzecie często bywa tak, że drużyna zwiesza się w miejscu i nie drgnie na milimetr. AI nie jest najlepszą stroną Jericho. Nasi towarzysze często giną, wymusząjąc na nas ciągłe ich wskrzeszanie. Pakują się wprost na przeciwników, a ci lubią sobie przed śmiercią eksplodować, zabierając ze sobą czesto dwóch, trzech żółnierzy, przez co my zamiast strzelać nagminnie biegamy po polu walki leczac, lecząc i lecząc.

Zmianie tego stanu nie służy także uformowanie terenu, na jakim walczymy. W skrócie można powiedzieć, że tunelom i korytarzom nie ma końca. Gra jest mocno liniowa, aż do bólu. Nie mamy innego wyjścia jak parcie do przodu i strzelanie czym tylko się da. Do tego oponenci są wytrzymali i jakoś zawartosć ołowiu w ich rozkładających się ciałach nie przeszkadza im szarżować cały czas na nas z pełną prędkością. W pierwszej godzinie dostarcza to całkiem dużo emocji. Czujemy się otoczeni, przyparci do muru. Nie mamy drogi ucieczki (między innymi dlatego, że w ogóle nie mamy innej drogi do wyboru), ale także poprzez odcięcie ucieczki i atak od tyłu. Jest dobrze. Bronimy się zacięcie, udaje nam się wyjść z lokacji, leczymy nas zespół i do przodu. Niestety, ten schemat jest bardzo często powtarzany.
Deweloper chciał nam, graczowej braci, umożliwić przejście tytułu z jak najmniejszą liczbą odczytywania zapisanych stanów. Dzięki temu, jeśli kierowana przez nas obecnie postać straci siły witalne, od razu zostaniemy przerzuceni do najbliższej postaci, która stoi jeszcze na dwóch nogach. Bardzo fajny zabieg. Z drugiej strony nie mamy możliwości zapisu w dowolnym miejscu, a kolejne punkty kontrolne potrafią być naprawdę daleko od siebie oddalone. Irytują także częste loadingi. Odległości pomiędzy nimi są zbyt małe, a sam okres wczytywania zbyt długi. Możemy co prawda w tym czasie czytać drukowane informacje, uzupełniające fabułę, ale nie jest to najlepszy sposób, żeby przekazać takie wiadomości.

Czy są w takim razie jakieś plusy tej produkcji, zapytacie? Otóż jak najbardziej. Moim zdaniem jest to przede wszystkim oprawa wizualna oraz cały spefyficzny klimat produkcji. Grafika może na początku nie powala na kolana, jest poprawna jak na tę generację konsol. Jednakże wytrwajcie dłużej, a zostaniecie wynagordzeni. Wszystko jest bardzo dobrze poskładane, do tego gra światła i cienia oraz tekstury (szczególnie w podziemiach) to naprawdę fachowa robota. Gra potrafi przestraszyć, ale częściej jest to niepewność, czy coś nie stoi za rogiem w cieniu. Nawet prąc na wprost z włączoną latarką nie widzimy wszystkiego, co dodatkowo potęguje niepokój. Do tego poczekajcie do pierwszej interaktywnej scenki, gdzie staniecie twarzą w twarz z jakąś paskudą, w odległości tak małej, że możecie spokojnie policzyć jej ubytki w zębach. Nie będziecie zawiedzeni. Do tego ładnie wymuszono na nas taktyczne myślenie. Zmiana postaci i umiejętne wykorzystanie ich nadprzyrodzonych zdolności może nam ułatwić grę, albo uratować w niej życie.

 Warstwa audio, podobnie jak poziom gry, jest nierówna. Muzyka jest świetna, tam, gdzie się pojawia. Naprawdę nie można się przyczepić. Odgłosy w lokacjach OK, jest dobrze. Głosy aktorów wypadają nieźle, choć są czasami drętwe, pozbawione emocji i zaangażowania. Niestety dźwięk broni palnej to masakra. Bardziej przypomina to strzelanie ze śrutu czy kapiszonów, niż nabojów. Może jednak odgłosy faktycznie są odpowiednio dobrane to typu amunicji w magazynku...? Nie mnie to oceniać. Gra nie posiada niestety żadnego trybu multiplayer. Nie wiem, czy forma rozgrywki nie za bardzo pasuje do wieloosobowej potyczki, czy też autorom zabrakło czasu na umieszczenie tego trybu, ale gra aż się prosi przynajmniej o tryb kooperacji.

Punkciki, które do zdobycia przygotowali nam autorzy, nie są szczególnie wyrafinowane. Większość z nich otrzymamy za samo przejście gry na najwyższym poziomie trudniości. Dodatkowo kilka za zabicie odpowiedniej liczby przeciwników w szczególny sposób. Z powodu braku trybu multiplayer w jakiejkolwiek formie, zdobędziecie je przy kilku, kilkunastu posiedzeniach przy konsoli. Z racji strasznych wahań w rozgrywce mogą one niestety stać się męką.

Summa summarum, Clive Beker’s Jericho nie jest grą złą. Jest za to grą z niewykorzystanym potencjałem, który bardziej pokazuje jak mogłaby ona wyglądać i stanowić naprawdę kawał dobrej rozgrywki. Niestety liniowość oraz jej powtarzalnośc, plus kilka irytujących fragmentów gry, czy też samej mechaniki, powoduje, że jest to tytuł z grupy „pokochaj albo rzuć”. Dodatkowo brak chociażby trybu kooperacji wpływa na małą chęć na ponowne wgłębienie się w historię oddziału Jericho.




Komentarze

Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.