Mijają lata, a seria Command & Conquer trwa w najlepsze. Ba!, przez ten okres czasu, od wydania pamiętnej, głośnej „jedynki”, która stała się hitem zaraz po trafieniu na półki, każdy kolejny sequel ów gry przyjmowany był entuzjastycznie. I tak już od ponad 10 wiosen! Rzecz jasna saga była i jest głównie domeną peceta - wpadała od czasu do czasu na porcje konsolowych wrażeń. Tak się też stało ostatnio, gdy niemal równorzędnie, z lekkim obsuwem, na Xboksa 360 trafiła najnowsza część o podtytule Tiberum Wars.
Zgodnie z tradycją, jaką wykreowała sobie seria, wątek fabularny przedstawiany jest za pomocą żywych aktorów. Wszystko kręci się wokół odwiecznych rywali: GDI (Global Defense Initiative) i Brotherhood of Nod. Ci pierwsi są „dobrzy”, stoją po „właściwej” stronie; ci drudzy „źli”. Nod to fanatycy, oddani swojej sprawie niczym rasowi mudżahedini, dążą do dominacji na kuli ziemskiej. Na czele organizacji stoi jegomość Kane – szaleniec o hitlerowskich aspiracjach, wierzący we własne ideały, potrafiący wydawać rozkazy swoim upadającym legionom, niczym mąż Ewy Braun u schyłku swego życia. Słowem, obłąkaniec, jakiego C&C zawsze potrzebuje. Walki pomiędzy zwaśnionymi stronami trwają dniami i nocami, zaś głównym zapalnikiem jest cenny kruszec tiberium. Nikt się jednak nie spodziewał, iż wkrótce do konfliktu dołączy trzecia strona…
Rozmachu spodziewać się nie należało, mimo iż w grze wystąpiło wiele znanych z kina osobowości: aktorzy grają jak na deskach lokalnego, gminnego teatru, co też nie oznacza, iż wypadają słabo. Po prostu spełniają swoją rolę, jakby wzięli forsę z góry. Natomiast zważywszy na fakt, iż wszystkie scenki rozgrywane są w zamkniętych pomieszczeniach, z reguły w formie briefingu/debriefingu, toteż rozwinąć skrzydeł artyści też nie mają za bardzo jak. Miłą niespodzianką jest uczestnictwo Josha Hollowaya, popularnego Sawyera z serialu Lost, lecz i on gra również bez rewelacji – kontynuuje jakby swój wizerunek „Zagubionego dupka”, i chyba takowa łatka już mu pozostanie na wieki. Co należy jeszcze dodać – filmiki nie zachwycają jakością, w sensie rozdzielczości. Widziałem ładniejsze dvd-ripy. Czyżby brak miejsca na DL? A fabuła? Ot, całkiem miłe wypełnienie uzupełniające się w jedną całość podczas przechodzenia trzech dostępnych kampanii, z której jedna, ostatnia, jest bonusowa i krótsza od pozostałych.
Mimo iż owy RTS osadzony został w przyszłości (2047 rok), a piksele wyświetlają klimaty science fiction, to rdzenne założenia znane z pierwszej części C&C widać na pierwszy rzut oka. Przede wszystkim jedynym źródłem dochodów jak i materiałem budulcowym jest rzeczone tiberium. Zbieramy tylko je i tradycyjnie za pomocą harvesterów. Trzonem stanowiącym naszą bazę jest construction yard – bez niego nie wybudujemy nawet, bądź co bądź, elewatora dla rolników. Jeśli odpowiednio nie zadbamy o jego bezpieczeństwo, bądź nie wykonamy kopii tegoż, to możemy darować sobie dalsze działania wojenne i przystąpić do opcji load game. Cały mechanizm gry z resztą, pozostał taki sam: możemy przechwytywać budynki oponentów za pomocą inżynierów, szkolić komandosów z C4, którzy potrafią zdziesiątkować armie przeciwnika jak i jego budynki; i w końcu możemy również używać super broni, jak bomba atomowa, czy potężne działo jonowe. Nie zabrakło pomocy powietrznego desantu. Natomiast jednej rzeczy nie mogę odpuścić developerom: całkowitego braku statków morskich, które były wizytówką „dobrych”. No, ale czasy się zmieniły, bowiem w przypadku Red Alert to Armia Czerwona dysponowała najlepszą jednostką zbrojną – Mamutem. Teraz to domena GDI. Bardzo śmiercionośna z resztą, najpotężniejsza w grze. Absurdem natomiast jest SI, które zdaje się być przeniesione żywcem ze starego 486 w następną generację konsol. Może nie przesadzajmy, ale w wielu przypadkach można zaobserwować tę samą przypadłość: żenującą obojętność w stronę przeciwnika atakującego np. naszą bazę kilka metrów od pasywnej jednostki. Dopiero nasza interwencja pomaga. Dziwne, ale do wybaczenia.
Graficznie wypada bardzo dobrze, choć nie rewelacyjnie, lecz ilość detali czasem mocno zachwyca. Na PC wcale lepiej nie jest, z lekkim może wskazaniem na ostrość tekstur, natomiast animacja wypada znacznie lepiej w konsolowej wersji. To takie małe porównanie dla zaciętych wojowników międzyplatformowych. Do efektów dźwiękowych też nie można mieć pretensji. Zdają egzamin, lecz muzyki tu niewiele, czy jakichś szczególnie podniosłych nut na patternie w chwili działań wojennych. Najpierw gin z tonikiem, a później piwo, czy lepiej tylko jedno albo tylko drugie – te pytanie stawiamy sobie w barze, aby nie pochorować się na drugi dzień. Niestety konsolowcy - w tym przypadku posiadacze 360 - takiego dylematu nie mają. C&C jest nielicznym RTSem jaki możemy nabyć na ową maszynę. Na szczęście bardzo sycącym, wystarczającym na wiele godzin dobrej zabawy i co najważniejsze – brak myszki wcale nie stanowi tu problemu. Jak się okazuje, dość szybko łapiemy sterowanie i nie mniej szybko wydajemy rozkazy naszym jednostkom.Słowem, solidna pozycja. Ziarnko w obszernym worku, pałętające się pomiędzy innymi, licznymi gatunkami, lecz jak najbardziej zauważone, choć uzyskane już z kilku pokoleń dorosłych osobników.
Osiągnięcia: Żaden ze mnie hunter. Wróg, jesteś tam?
wróg: Electronic Arts nieco przesadziło przy naszych kochanych osiągnięciach w tym tytule. Co to w ogóle za pomysł żeby przy przechodzeniu wyższych poziomów trudności nie odblokowywało się wszystko za niższe?! Chcą dłużej przytrzymać ludzi w singlu czy jak? Wychodzi na to, że każdy chętny na "calaka" musi przygotować się na kilkukrotne zaliczanie każdej z kampanii. Słabo też podzielono achievementy pomiędzy rozgrywkę offline a online. Przyjemny jest za to jeden sekretny - "wciśnij 2047 razy przycisk A". Nieźle się zdziwiłem kiedy to wyskoczyło. 
Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie. Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.
|