Ankieta

Od E3 2012 oczekujesz najbardziej:






Wideo:
Loading...


Czytaj o:
PlayStation 3

Command & Conquer: Red Alert 3
Autor: Łukasz Zdeb   
09.12.2008.


                                                               Recenzja     Zapowiedź     Poradnik     Galeria     Lista Osiągnięć     Wywiad XCN
 
Seria Command and Conquer o podtytule Red Alert jest mi równie bliska sercu, co dziecku ulubiony pluszak. W erze teraz tak zwanych „drewnianych komputerów” pierwsza część owej strategii czasu rzeczywistego zajmowała u mnie czołowe miejsce w szufladce ulubionych gier. Dziś cykl powraca także na konsolach obecnej generacji, w trzeciej odsłonie. O równym hicie mowy nie ma, ale nadal jest to jedna z gier, w której da się lubić naród rosyjski.

Związek Radziecki pod wpływem znacznie mocniejszych Aliantów chyli się ku upadkowi. Premier zwiał z Kremla gdzie pieprz rośnie, a obywatele wpadli w panikę. Jedyny prawdziwy patriota, pułkownik Cherdenko (Tim Curry), obmyślił genialny, a zarazem desperacki plan użycia prototypowej maszyny do cofania się w czasie. W przedsięwzięcie wciąga generała Krukova (Andrew Divoff) oraz czuwającego nad projektem profesora Zelinskiego (Peter Stormare), który mimo sprzeciwu ulega znanej na całym świecie rosyjskiej perswazji. Celem pułkownika jest osłabienie siły militarnej przeciwnika, dlatego postanawia uderzyć w człowieka w dużej mierze odpowiedzialnego za broń nuklearną – Alberta Einsteina. Wróciwszy do teraźniejszości Cherdenko, już jako premier, nie ukrywa zadowolenia – Sowieci okazują się być mocniejszym narodem od Zachodu. Nie przewidział jednak, iż zmiana biegu historii przysporzy mu jeszcze potężniejszego przeciwnika, jakim stała się Japonia, znana pod nazwą Cesarstwa Wschodzącego Słońca.


Jota w jotę mamy typowy dla produkcji spod znaku Command and Conquer schemat fabularny. Czyli wyścig zbrojeń, inwazje, łączenie/dzielenie sił, hipokryzję, zdradę stanu i tak dalej. My, jako dowódca którejkolwiek z trzech stron, wysłuchujemy dialogów z pierwszej osoby. Filmiki zmieszano z animacją komputerową i realnymi sceneriami oraz aktorami, tradycyjnie osiągając wysoki poziom kiczu i przeciętnej, a czasem banalnej, gry aktorskiej, mimo – po raz kolejny – dość gwiazdorskiej obsady. Najbardziej błyszczy znany z „Prison Break” Peter Stormare, w roli laboratoryjnego szczura Zelinskiego. Najgorzej wypadają pseudo stanowcze i groźne wampy z makijażem, jak Tania (Jenny McCarthy) czy Natasza (Gina Carano), stanowiące przeciwieństwo łysej, umorusanej G.I. Jane Ridleya Scotta. Udział wzięli także Jonathan Pryce, George Takei, czy nawet epizodycznie… David Hasselhoff. Niemniej zamysłem twórców było wykreowanie takiego a nie innego świata, z wręcz stereotypowymi postaciami prezydenta USA czy sowieckimi oficerami. Fabuła niczym nie zachwyca, zwroty akcji są przewidywalne, a dialogi na ogół pompatyczne. Do tej warstwy na pewno trzeba podejść z przymrużeniem oka, niczym do przygód Jamesa Bonda. I tak jest ona rozbudowana, jak na strategię.

Gruntownych zmian w prowadzeniu rozgrywki nie przybyło. Doszły mniej lub bardziej znaczne dodatkowe możliwości dla pojazdów (np. japoński robot może zamienić się niczym Transformer w samolot), czy piechoty. Głównie chodzi o możliwość prowadzenia alternatywnego ognia. Reszta uległa nieznacznym modyfikacjom, tj. nadal wyróżniamy te same jednostki, jak przykładowo rosyjski cepelin, czy alianckie lotniskowce. Ponadto nie ma ich za wiele, za to wspomniane alternatywy dają dodatkowe opcje i urozmaicenie. Mamy szpiegów przenikających na teren wroga, żeńskich komandosów potrafiących wyciąć w pień cały oddział, inżynierów przejmujących budynki przeciwnika, piechotę z karabinem/rakietnicą, czy w końcu psy, niedźwiedzie, delfiny, co jest sprawą kuriozalną, ale nie zaskoczeniem. Osobnym i świeżym aspektem jest japońska armia. Ich jednostki na ogół bazują na średniowiecznych wzorcach, ale reprezentują najnowsze osiągnięcia techniki i nowoczesny design. Pojawiają się również specjalne bronie, naloty, a nawet piloci kamikadze po wiadomej stronie.

Równie znajomo wygląda kwestia stawiania budynków. Bez głównego (Construction Yard) nie wzniesiemy nic, dlatego nadal ważnym elementem strategii jest jego ochrona. W tym pomogą nam wieżyczki obronne - również znane „choinki”. Budowanie różni się u każdej ze stron. Sowieci od razu wyznaczają miejsce na fundamenty, podczas gdy Alianci czynią to dopiero po ukończeniu prac. Strona japońska ma najbardziej pokręcony sposób, polegający na wysyłaniu pojazdów konstrukcyjnych w obrane miejsce, co komplikuje rozgrywkę i jest uciążliwe, ale zarazem daje możliwość szybszej budowy na masową skalę. Niemniej każda nacja ma te same odpowiedniki konstrukcji, lecz różnią się potęgą w produkowanych jednostkach. Japonia ma najlepszą flotę, Alianci samoloty, Sowieci zaś czołgi. Wszystko jednak zdaje się być odpowiednio wyważone.

Przy okazji pierwszego Red Alert, mimo wygodnego sterowania myszką (te w recenzowanej „trójce” padem jest dobre, jak na możliwości kontrolera), życzyłem sobie w myślach, by kompan mógł stawiać budynki, a ja prowadzić działania wojenne (i na odwrót). Pobożne życzenie spełniło się teraz, choć nie do końca, gdyż każdy dysponuje swoją bazą i środkami, ale współpraca w stawianiu wieżyczek obronnych, czy wysyłania posiłków jest jak najbardziej zacna. Kooperacja gra tu pierwsze skrzypce, gdyż kampania jako tako nie wciąga, a multiplayer ogranicza się jedynie do trybu Skirmish.


Electronic Arts zdecydowanie nie postarało się w kwestii technicznej produktu. Wyglądem gra nie odrzuca, jak choćby inny RTS Warhammer: Battle March, ale do zachwytu nad grafiką brakuje sporo. Przydałaby się większa liczba detali i ogólna ostrość tekstur, jak i efektów świetlnych. Tymczasem w jednej z misji wybuchy prezentują się jak żywcem wyciągnięte z Contry. Jednak produkcja wygląda schludnie i nie kole w oczy. Gorzej z narządem słuchu, który drażnią średniej jakości dźwięki. Muzycznie dominują rockowe brzmienia, po pewnym czasie zlewają się w jedną, mało nas interesującą nutę. Oprawę audio ratują tylko aktorzy. 

Trzeci Red Alert przywołuje sentymenty, ale nie fascynuje ogranymi schematami. Jest to z pewnością klasyczny RTS i zwolennicy takowych nie zawiodą się. Problem w tym, że gra nie jest zbyt rozbudowana, zarówno w Single Player jak i Multiplayer, a po kilku partiach trafia na półkę. Jednak naprawdę warto sprawdzić tryb kooperacji. Dzięki niemu twórcy mają u mnie flaszkę.




Komentarze

Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.