Ankieta

Od E3 2012 oczekujesz najbardziej:






Wideo:
Loading...


Czytaj o:
PlayStation 3

Crash of the Titans
Autor: Jakub Kozioł   
07.10.2007.


                                                               Recenzja     Zapowiedź     Poradnik      Galeria     Lista Osiągnięć     Wywiad XCN

Dopiero jakiś czas temu usłyszałem o czymś takim, jak „Crash of the Titans”. Tytuł w ogóle mnie nie interesował, szczerze to nawet nie wiedziałem o czym to ma być. Do czasu, gdy zupełnie przypadkiem zobaczyłem grafikę ze znajomym zwierzątkiem, która była podpisana: Crash of the Titans. Chwilka z google i już wiedziałem, co i jak: będzie nowy Crash Bandicoot! „Shit yeah!” - jakby to powiedział jeden z bohaterów Gears of War...


 Crash Bandicoot to pierwsza gra z jaką miałem styczność na leciwym PlayStation. Do tej pory pamiętam, jak się tym zachwycałem i jak błagałem kuzynkę by dała mi znów zagrać. Wiadomo, że  Naughty Dog przestało robić Crasha, gdy pełną parą ruszyło PS2, porzucając serię na rzecz Jaka i Daxtera. Zaś Crash of the Titans popełniło Radical Entertainment (wersje na NDS i GBA robi ktoś inny), znane wcześniej z takich tytułów, jak Scarface, czy The Simpsons Hit & Run. Firma miała troszkę wspólnego z Crashem i spółką, bo stworzyła wcześniej Crash Tag Team Racing. Bałem się, że w recenzowanym tytule nie będzie tego świetnego klimatu znanego z poprzednich części. Na szczęście pomyliłem się!

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy jest zmieniony wygląd głównego bohatera. Duży irokez na głowie został lekko przycięty, nos o połowę krótszy, na rękach tatuaże i twarz jakaś taka łagodniejsza. W efekcie powyższych zmian zwierzak wydaję się młodszy, jest bardziej nastolatkiem, niż dorosłym przedstawicielem gatunku. W ogóle w Crash of the Titans postacie są zrobione tak jakby „lżejszą” kreską, co akurat mnie przypadło do gustu.

Z menu przechodzimy prosto do gameplay’a i co? Willy the Wombat (tak na samym początku, dawno temu, miał nazywać się Crash) sztucznie biega! Normalnie tego jakoś specjalnie nie widać, ale gdy truchtamy w bok od razu pojawia się efekt „unoszenia się” nad ziemią. Potem tego nie zauważałem, ale na początku okropnie to razi... Nie trudno się domyślć, że Crash of the Titans to platformówka, czyli dużo biegania, skakania i tym podobnych. Zaczynamy od poszukiwań naszego przyjaciela – maski Aku-Aku, nie ma żadnych tutoriali, treningów czy czegoś takiego. Lektor na bieżąco informuje o naszych umiejętnościach. Powiem tylko, że takich oldschoolowych platformówek w ogóle się już nie robi! A szkoda. W tej części Crash ma trochę inny zakres ciosów, a mini tornado schodzi na drugi plan. Jeśli musimy walczyć sami, to używamy pięści, ewentualnie mocniejszego ataku, gdy przeciwnik blokuje, ale zdarza się to rzadko. Dla urozmaicenia twórcy wprowadzili też kilka nowych elementów. Często pojawiają się momenty, w których Aku-Aku występuje w roli deski surfingowej (normalnie jest tarczą), mkniemy bardzo szybko, przy okazji omijając miny i zbierając Mojo. Teraz zapytacie: „a co to Mojo?” Otóż to takie małe kuleczki, które wypadają ze wszystkiego, co się rozwali - dlatego radzę nie biec przed siebie – wszystko na spokojnie, walczyć, a nie uciekać, rozwalać jakieś kwiatki, kotły itp. Im więcej ich mamy w posiadaniu, tym Crash jest silniejszy, albo jak kto woli - lepszy. Co 25,000 dostajemy dodatkowe życie, a gdy napełnimy całe kółko (u góry na środku oprócz licznika „punktów” mamy też kółko, które napełnia się gdy je zbieramy) wpada jakiś upgrade naszych umiejętności. Dłuższy pasek życia, mocniejsze obrotowe ataki i wiele, wiele innych – w sumie życie i dwa rodzaje ataków prezentowane są w formie gwiazdek (pasek energii można ulepszyć do trzech gwiazdek), zaś dodatkowe ciosy po prostu zdobywamy i potem używamy podczas walki - łącznie jest ich do zdobycia 27. Na planszach można znaleźć też portale, które przenoszą nas na arenę, do tak zwanego Mojo Room, gdzie czeka jakieś zadanie specjalne. Wykonanie go owocuje dostaniem laleczki voodoo. Każdy poziom ma jakąś tam ilość „ukrytych” laleczek. Czerwona lalka to arty o danym etapie, niebieska wpada za wspomniane przed chwilą Mojo Roomy, a jest też taka, która określa na ile przeszliśmy dany etap. Przy podsumowaniu brane pod uwagę są trzy rzeczy: Minion Master (każdy „normalny” przeciwnik zostawia po sobie jakiś przedmiot, ot klucz francuski i dany poziom wyznacza nam powiedzmy 30 takich kluczy do zebrania); by zaliczyć drugie „zadanie” należy zniszczyć trzy urządzenia, które są gdzieś rozmieszczone na planszy; zaś w trzecim przypadku chodzi o combosy. Sprostamy wszystkim trzem wymogom – dostaniemy nagrodę złotą, gdy jednak nie uda nam się na 100% - nagroda będzie srebrna, a gdy etap przejdziemy tak na „odwal no się” -przypadnie nam brązowa lalka. Akcja gry toczy się w czterech lokacjach, w każdej mamy cztery poziomy, plus jeden z bossem.

Wypada wspomnieć o fabule najnowszej części przygód Bandicoota... Otóż Aku-Aku, Crash i jego rodzeństwo: siostra Coco i brat Crunch, żyją sobie spokojnie na swojej wyspie, gdy nagle spokojny dzień zakłóca im stary znajomy: Doktor Neo Cortex, który ma kolejny „okropnie zły” plan zniszczenia Crasha i dodatkowo wyspy Wumpa. Doktorek wziął sobie do pomocy inne złe osobistości, i tak w grze mamy do czynienia też z Uka-Uka (zły brat Aku-Aku – nawet ich imiona są takie same, tylko napisane odwrotnie), siostrzenicą Neo, czyli Niną Cortex,  Tiny Tigerem i Doktorem N. Gin. By ułatwić sobie zadanie Cortex zamienił różne stworzonka w mutanty, lub jak ktoś woli, w tytułowych tytanów. Mamy dwa rodzaje przeciwników: zwykłe sługusy Cortexa i owe olbrzymy. Jako że od początku gry Crashowi pomaga Aku-Aku, możemy przejąć kreatury. Najpierw je ogłuszamy, a potem wciskając B rudzielec wykonuje efektowny skok, przy okazji wyciągając Aku-Aku z kieszeni. Następnie nakłada „maskę” na tytana i w tym momencie przejmuje nad nim kontrolę (wszystko to pokazane w zwolniony tempie). Stworzeń, którymi możemy kierować trochę jest... Tak na dobrą sprawę da się je podzielić na trzy kategorie: te, które strzelają i są szybkie, ale słabe; takie, które mają silne ciosy, ale sprinterami nie są; ogromne, powolne monstra, których ataki powalają nawet kilku przeciwników na raz! Dla przykładu powiem, że jest na przykład wyrośnięty skunks, który strzela „śmierdzącymi pociskami”, albo czerwone „coś”, które nie boi się lawy i gdy kierujemy „tym czymś” bez problemu możemy skakać do wulkanu. Z takich ogromnych mamy na przykład mieszankę goryla ze skorpionem, albo czerwonego mamuta... Aczkolwiek zaznaczyć wypada, że nawet przy tytanach, którzy zajmują połowę ekranu kamera spisuje się na medal. W takim wypadku troszkę się oddala, a gdy jest po starciu wraca na swoje miejsce (dodam, że nie mamy wpływu na nią, możemy ją tylko lekko odchylić drugą gałką analoga, ale sami ustawiać już nie). Bossowie w ogóle nie sprawiają problemów, ponieważ ich unicestwienie zawsze sprowadza się do użycia kilku tytanów i tyle. Akurat tutaj twórcy mogli się wysilić bardziej. Jak na dzisiejsze czasy gra jest długa. Z moich obliczeń wyszło, że grałem ponad 10 godzin, a w dobie gier na 6 godzin (czyli 360 minut :-) ), to już coś. Co prawda po koniec zaczyna doskwierać nuda, ale na szczęście potem wszystko jest bardziej dynamiczne i ta lekka rutyna znika.

Gry z serii Crash Bandicoot oprócz samej rozgrywki, zawsze były pełne humoru – to między innymi wpływało na ten wyjątkowy klimat gry. Jak dla mnie w Crash of the Titans nie jest źle, a nawet powiem więcej: czuć to, co kiedyś w przygodach Bandicoota na PSXa. Bardzo fajnie wyszły też odgłosy wydawane przez Crasha – są, jak by to powiedzieć... Ciekawe, a na dodatek podczas grania i przechodzenia kolejnych etapów w tle cały czas leci jakaś muzyczka, co by za cicho nie było. Gra tworzona z myślą o kilku konsolach, z których tylko jedna jest „bardziej zaawansowana”. Mam tu na myśli X360, więc graficznie fajerwerków spodziewać się nie można. Ot podciągnięte lekko tekstury. Rewelacji nie ma, ale jest bardzo kolorowo, a ja takie kolorowe, wesołe tytuły bardzo lubię. Jak już się czepiam czegoś to jeszcze słówko o achievementach: jest za łatwo! Nie jestem masochistą i nie szukam mega, trudnych wyzwań, ale jakiś problem ze zdobyciem achieva powinien być, a tu przeszedłem grę i już miałem odkryte 70% osiągnięć, a nawet specjalnie nie czytałem wszystkich, żeby wiedzieć co muszę zrobić.

Crash of the Titans to bardzo dobry tytuł – takich gier brakuje na X360! Klimat został zachowany, gra jest długa, jest dużo skakania, mało myślenia. Taka bezstresowa rozgrywka... Dla fanów Bandicoota pozycja obowiązkowa, dla miłośników platformówek też, a komuś kto nie wie, co kupić podpowiem: w ten tytuł warto się zaopatrzyć.




Komentarze

Dodane przez Scorpion w dniu - 2009-07-21 15:03:49
recenzja i ocena tej gry jest mocno przesadzona uwazam ze ta pseudo gra ktora udaje crasha jest beznadziejna inne modele postaci tutaj wogole nikt nikogo nie przypomina i od kiedy to crash sie bije na piesci rownie dobrze mozna to polecic do chodzonego mortala.moja ocena tej gry to 5/10

Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.