Wyszukiwarka
Reklama
Panel użytkownika
Ankieta
Najlepsza konferencja E3 2017?

Społeczność





F1 2014
Autor: Bartłomiej Piltz   
15.11.2014.


                                                               Recenzja     Zapowiedź     Poradnik     Galeria      Lista Osiągnięć     Wywiad

F1 spod dłuta Codemasters to seria, którą darzę ogromnym sentymentem. Nie dlatego, że przynależę do entuzjastów „Królowej Sportów Motorowych” w wydaniu realnym, której niuanse przeniesiono niemal perfekcyjnie do zero-jedynkowej rzeczywistości, a dlatego, że odsłona 2010, będąca zarazem pierwszą częścią sagi, rozpoczęła moją recenzencką przygodę na tym portalu. Dziś, za sprawą F1 2014, zamkniemy piękny rozdział gierkowej historii, ponieważ wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że to ostatnia edycja bolidów śmigających na past-genach.


Ostatnia, bowiem przyszłoroczna wersja, która światło dzienne ujrzy bliżej startu nowego sezonu, opracowywana jest z myślą o konsolach obecnej generacji i oparta zostanie na nowym, dedykowanym mocniejszym maszynom silniku. Osobiście bardzo mnie to cieszy, gdyż powinno to dać konkretnego kopa „formułkom”. Nie chcę przez to powiedzieć, że Codemasters zaczynali przynudzać. Nic z tych rzeczy! Chylę czoła przed Mistrzami, że przez minione cztery lata, mimo zmagań z obwarowaniami licencyjnymi, które wydatnie utrudniały puszczenie wodzy fantazji, każdą odsłonę potrafili okrasić czymś, co dawało powiew świeżości i systematycznie przybliżało serię do ideału. A to kooperację przez Internet wrzucili, a to scenariusze dodali, a to klasyczne gabloty dokooptowali. Serio, nie było na co narzekać! Jak wiadomo jednak, kreatywność to dobro, którego złoża muszą się kiedyś wyczerpać.

Doświadczeni gracze, tuż po załadowaniu się najnowszej produkcji „Codies”, poczują się niczym kierowca formułowy w... bolidzie. Wita nas bowiem dobrze znane z poprzednich edycji wprowadzenie, które - nijako - z marszu rzuca w wir współzawodnictwa. Niestety, nie jest tak bogate i przystępne dla laików, jak miało to miejsce dotychczas, gdyż zrezygnowano z „Testu Młodych Kierowców”, będącego połączeniem klasycznego samouczka z namiastką rywalizacji, który świetnie przygotowywał do późniejszych batalii. W zamian otrzymaliśmy rozgrzewkowy wyścig - wyścig, w którym zadaniem gracza jest pokonanie jednego (!) okrążenia na Monzie. Trochę bieda, jak na prolog... Okej, wiem, że gierka na licencji, a wspomniany „sprawdzian żółtodziobów” wycofano z przedsezonowych zmagań, więc siłą rzeczy musiało zabraknąć wirtualnego odpowiednika. Aczkolwiek, czy nie można było stworzyć czegoś na podobną modłę, nazywając to choćby „coś tam, coś tam”? Nie sądzę, żeby FIA przyczepiła się do takiego rozwiązania.

Wystarczył jednak opisany powyżej i ubogi w przemierzony dystans wstęp, bym wyczuł różnicę w zachowaniu się bryk w stosunku do ubiegłorocznej części. Ta była ogromna! Niestety, na niekorzyść... W poprzednich odsłonach fury prowadziło się lekko, z polotem, co generowało ogromną frajdę. W F1 2014 nie ma po tym śladu. Gabloty są cholernie toporne, znacznie ciężej pokonują sekwencje łuków, o ostrych zakrętach nie wspominając. Agresywne wbicie się w ciasne szykany graniczy z cudem, gdyż pojazdy ślamazarnie schodzą do wewnętrznej toru.

Ale to jeszcze nic. Rzeczone „atrakcje” można zrzucić na karb zmian w budowie bolidów, które od tego sezonu dociążono o 58 kg, co twórcy - prawdopodobnie - chcieli oddać majstrując przy modelu jazdy. Tym, co wnerwia bowiem najbardziej, jest kiepskie odwzorowanie poczucia pędu, które stanowi domenę „Królowej Sportów Motorowych”. Nieraz złapałem się na tym, że gnając ponad 300 km/h, zamiast skoncentrować się na utrzymaniu optymalnego toru jazdy, by wcisnąć się idealnie w widoczny na horyzoncie wygibas, zerkałem z niepokojem na prędkościomierz, w obawie, że silnik odwala kitę. Często też odnosiłem dziwne wrażenie, że im dłużej cisnę, ile fabryka dała, tym wolniej jadę... Coś poszło nie tak, ewidentnie.


Skoro mowa o zmianach, które są wyczuwalne po dziewiczym połechtaniu manetki gazu, warto napomknąć o dwóch, związanych stricte z roszadami wprowadzonymi od tego sezonu F1 i dotyczącymi trzewi bolidu. Mowa o zupełnie innym brzmieniu silnika (przypomina ryk kosiarki do trawy) oraz przeprojektowaniu systemu KERS, dotychczas uruchamianego za pomocą stosownego przycisku. Obecnie ustrojstwo to aktywuje się automatycznie, zwiększając przyspieszenie fury. Nie będę wdawał się jednak w techniczne szczegóły, bo nie znam się na tym zbyt dobrze i nie chcąc palnąć jakiejś głupoty musiałbym wklejać cytaty z Wikipedii, a to nie w moim stylu, więc odpuszczam.

Codemasters - jak zdążyłem nadmienić - rok rocznie wzbogacało „formułki” o nowy, miodny tryb rozgrywki. Niestety, tym razem panowie nie błysnęli. Nie błysnęli, gdyż jedynym novum jest podział kariery na trzy części - krótką (7 batalii), średnią (12 potyczek) i pełny, 19-wyścigowy sezon, oparty na oficjalnym kalendarzu mistrzostw świata. Co ciekawe i bezsensowne zarazem, już na starcie mamy dostęp do wszystkich teamów, zatem emocje związane z pięciem się w hierarchii najszybszych kierowców globu i - co za tym idzie - zmiany zespołów na coraz lepsze, by ucieranie nosa przeciwnikom zgodziło się mocniej, odpadają zupełnie. Wybieramy Ferrarkę czy innego Red Bulla, i fru - nikt nam nie podskoczy. Idiotyzm. Idiotyzm tym bardziej, że podczas pierwszego sezonu oferty kontraktu otrzymujemy od Catherhama lub Marussii, czyli ekip zasysających absolutnie. Debilizm. Dopowiem jeszcze, że pojedynki - niezależnie od rozpiętości kariery - rozgrywamy na dobrze znanych dystansach - od 25% rzeczywistej długości wzwyż.

Co, poza karierą, czai się w odmętach menusów, skrywających warianty singlowej rozgrywki? W skrócie - kalka tego, z czym mieliśmy do czynienia w poprzedniej odsłonie. Zdzierać opony przyjdzie nam zatem w Wyzwaniach Sezonowych, Trybie Scenariuszowym oraz różnej maści czasówkach. Słowo „kalka” dotyczy nie tylko zestawienia, ale i realiów wymienionych trybów, które - właściwie - przeniesiono w niezmienionej formie. Najgorzej wypadają „sezonówki”, będące kopią z ubiegłorocznej edycji. Nie zmieniono dosłownie nic! Podział na trzy poziomy trudności (im wyższy, tym słabsze gabloty dostępne na starcie) i dziesięć, 5-okrążeniowych wyścigów, poprzedzonych kwalifikacjami ostatniej szansy - czy jak to się tam zwie. Nie zapomniano również o sposobności rzucenia rękawicy oponentom, których upokarzając w starciu „do dwóch zwycięstw”, wygryzamy z zespołu. Sami widzicie, powtórka z rozrywki pełną gębą. Nuda.


Zniesmaczony brakiem nowości w Wyzwaniach Sezonowych, uderzyłem do Trybu Scenariuszowego, łudząc się, że poza świeżym sortem potyczek, znajdę coś, co z czystym sumieniem będę mógł zapisać po stronie plusów. I znów rozczarowanie. Jedyną modyfikacją w stosunku do F1 2013 jest zmiana nazewnictwa grup eventów i zdefiniowania na tej podstawie kruszcu, z jakiego otrzymamy medal za wykonanie określonego zadania. Jak to wygląda w praktyce? Już tłumaczę. „Imiona” wspomnianych zbiorów są pochodną poziomu trudności gnieżdżących się wyścigów (pięć w każdym) - Very easy, Easy, Medium, Hard. Za zwycięstwa w dwóch pierwszych inkasujemy brązowe krążki; w dwóch kolejnych - odpowiednio - srebrne i złote. Jeśli chodzi o same scenariusze, nie doszukałem się niczego wartego wzmożonej uwagi. Większość kręci się wokół przekroczenia linii mety przed jakimś muflonem, który jedzie milion kilometrów przed nami, albo odpierania ataków typów próbujących wykorzystać fakt, że mamy zużyte opony. Ot, standard.

Ostatnie słowo z powyższego akapitu znakomicie oddaje również stan zawartości zakładki zrzeszającej czasówki, których najciekawszy składnik stanowią dwie nowe miejscówki, goszczące także w karierze - Austria (powrót po latach do cyklu mistrzowskiego) i Rosja (debiut w Formule 1). Nie jest to jednak zarzut, bo w tej kwestii nie sposób błysnąć inwencją - taka specyfika trybu. Doczepię się za to do czegoś innego, czegoś, co diabelnie mnie dziwi i jeszcze mocniej wkurza! Piję do wyciepnięcia największej nowości z ubiegłorocznej edycji wirtualnych formułek.

Mowa o trybie F1 Classics, gdzie mieliśmy okazję pobaraszkować dziadkami obecnych bolidów w ich naturalnym środowisku, czyli starych wariacjach torów i miejscówkach, które wieki temu wyleciały z oficjalnego kalendarza cyklu Grand Prix. W „klasykach” drzemał ogromny potencjał, wystarczyło pociągnąć ten wątek i byłby tryb na wypasie. Ale po co to robić, skoro można olać go totalnie, oszczędzając sobie pracy... Gwoli ścisłości nadmienię, że multiplayer zasysa. Po pierwsze, nie doczekał się żadnych zmian (zwyczajne wyścigi z oszołomami, odwalającymi Destruction Derby na trasie, oraz tryb kooperacji), po drugie, absurdalna detekcja kolizji zabiła resztki grywalności (wystarczy minimalny kontakt z rywalem, żeby bączka wykręcić). Tyle.

Koniec narzekań, pora na przyjemny akcent. Oprawa graficzna. Powiem szczerze, że po spędzeniu dziesiątek godzin na trasach w malowniczych rewirach południa Starego Kontynentu, dokąd w podróż zabrała mnie Forza Horizon 2 w wersji na Xbox One, nie liczyłem na wiele. Pragnąłem jedynie, by turpizm z ekranu nie buchnął. Kiedy wylądowałem na torze, mocno się zdziwiłem: „Ta gierka wygląda żwawo!” - krzyknąłem nawet. Patrząc przez pryzmat wiekowości 360-tki, jest lepiej niż dobrze! Modele pojazdów prezentują się co najmniej poczciwie, animacja praktycznie nie zwalnia, a potyczkom w strugach deszczu wciąż towarzyszy efekt „Wow!”. Serio, nie ma się do czego przyczepić.


Odpalając F1 2014 miałem nadzieję, że odsłona ta będzie godnym pożegnaniem z generacją konsol, na której bolidowa seria, po latach spędzonych w niebycie, odrodziła się niczym feniks z popiołów, z każdą odsłoną stając się coraz bardziej kompletnym produktem. Z przykrością muszę stwierdzić, że średnio to wyszło. Saga, która stanowiła doskonały przykład, jak deweloperzy powinni rozbudowywać gry oparte na licencji, wrzucając regularnie świeże tryby rozgrywki i dopieszczając pozostałe aspekty, zachorowała na wtórność. Wtórność, okraszoną kilkoma niedoróbkami (vide: model jazdy i kiepskie poczucie prędkości). Tragedii nie ma, ale od Codemasters należy wymagać znacznie więcej niż zaserwowania odgrzewanego kotleta, do tego nieco przypalonego...

PS F1 2014 dostępna jest w pełnej polskiej wersji językowej. Nie jestem jednak w stanie odnieść się do jakości lokalizacji, ponieważ kopię do testów otrzymaliśmy w języku Szekspira.

Kopię gry do recenzji dostarczył Xbox


Komentarze

Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.