Wyszukiwarka
Reklama
Panel użytkownika
Ankieta
Którą wersję Titanfall wybierasz?

Społeczność





Filmy

Ładuję dane...


Halo 4
Autor: Marcin Pawłowski   
01.11.2012.


                                                               Recenzja     Zapowiedź     Poradnik      Galeria     Lista Osiągnięć    Artykuł

Pięć długich lat. Właśnie tyle musieliśmy czekać na kolejną odsłonę Halo z udziałem jej najważniejszego bohatera - Master Chiefa. Kiedy on wypoczywał po skończonej walce w komorze kriogenicznej, my mieliśmy okazję cofnąć się w przeszłość i zwiedzić miasto New Mombasa w roli żołnierza ODST, jak również obejrzeć na własne oczy upadek Reach. Mimo że były to pod wieloma względami świetne gry, to brak zakutego w zieloną zbroję herosa był w nich odczuwalny, co jeszcze bardziej uświadomiła odświeżona wersja pierwszej części Halo, wydana z okazji dziesiątej rocznicy premiery. Cierpliwość się opłacała, bo legenda powraca w wielkim stylu.

Wake up John

Na początku wypada przypomnieć, że za stworzenie Halo 4 odpowiada studio 343 Industries, a nie Bungie, które po Halo: Reach postanowiło ruszyć dalej i całkowicie poświęciło się swojemu kolejnemu, multiplatformowemu projektowi. Osobiście nie należałem do grupy sceptyków. Ba, ze zmianą deweloperów wiązałem spore nadzieje, licząc na pewien powiew świeżości w serii. Bungie zasługuje oczywiście na szacunek, ale już chyba sami mieli dość i brakowało im pomysłów na dalszy rozwój Halo. Kilka nieudanych eksperymentów w Reach niech będzie tego najlepszym przykładem. Zebrana przez Microsoft nowa grupa ludzi miała przed sobą bardzo trudne zadanie, bo z wzięciem na barki tak ważnej i wielbionej przez miliony gry wiązała się ogromna odpowiedzialność. Teraz mogę już wszystkich uspokoić i przekazać dobrą wiadomość - Halo trafiło w dobre ręce.

Historia „czwórki” rozpoczyna się w momencie, w którym pozostawiło nas legendarne zakończenie Halo 3. Master Chief i Cortana, uwięzieni przez prawie pięć lat we wraku statku Forward Unto Dawn, trafiają na tajemniczą planetę, gdzieś w dalekim zakątku kosmosu. Szybko okazuje się, że to Rekwiem, jeden ze schronów Prekursorów, umożliwiających ukrycie się przed niszczącą falą odpalonego Układu Halo, a nasza obecność nie jest tam mile widziana. Zagrożeniem nie jest jedynie pilnująca instalacji duża armia Przymierza, ale również prastare zło, które po tysiącach lat budzi się na nowo.

Twórcy przy wielu okazjach obiecywali, że fabuła Halo 4 będzie koncentrowała się na parze głównych bohaterów. Słowa jak najbardziej dotrzymali, ponieważ faktycznie na pierwszy plan wysuwa się emocjonalna opowieść o Master Chiefie i Cortanie. Nie brakuje wydarzeń na skalę galaktyczną, w których odgrywamy kluczową rolę i które napędzają całą machinę wojenną, ale stanowią one w dużej mierze tło. Dzięki takiemu zabiegowi wreszcie lepiej poznajemy ludzką stronę naszego superżołnierza i towarzyszącej mu sztucznej inteligencji, a także sami bardziej się angażujemy. Starzy znajomi częściej niż w poprzednich odsłonach rozmawiają ze sobą, wchodzą w interakcję i podkreślają łączącą ich więź. Wszystko w granicach rozsądku oczywiście. Czegoś takiego było tutaj potrzeba.

Przyznam, iż niepokoiło mnie akcentowanie przez 343 Industries i Microsoft, że Halo 4 to początek nowej trylogii w tym interesującym uniwersum. Super, gier Halo nigdy za wiele, ale bałem się, że chęć zaplanowania od razu następnych części odbije się na wątku fabularnym, który zwieńczony zostanie w jakiś tani sposób, pozostawiając wiele niedomówień. Jest wręcz przeciwnie - fabuła Halo 4 rozwija się co prawda powoli, ale jest bardzo dobrze poprowadzona i oferuje wyraźny finał, który powinien zadowolić nawet najbardziej wybrednych. Odwaga deweloperów może nawet niektórych zaskoczyć.


Niech najlepszą rekomendacją z mojej strony będzie porównanie Halo 4 do Halo: Combat Evolved. Pamiętasz jakie uczucia towarzyszyły ci podczas pierwszej wizyty na instalacji Halo, kiedy z zaciekawieniem śledziłeś kolejne wydarzenia, chłonąłeś informacje o poznawanym uniwersum, a całość uzupełniała pewna aura tajemniczości i wspólnego odkrywania przeszłości z bohaterami? Podobnie wyglądało moje przechodzenie kampanii „czwórki”. Dawny klimat powrócił razem z Johnem-117.

Jest tutaj jednak pewien problem.  Patrząc na Halo 4, jak na start następnej trylogii i nowe otwarcie, to historia może wielu osobom wydać się ciężko strawna. Główne motywy są widoczne i każdy je rozszyfruje bez problemu, ale z detalami nawet ja miałem chwilami kłopoty. Wysłuchamy m.in. całkiem sporo enigmatycznych wypowiedzi, w których padają niewytłumaczone w żaden sposób terminy, albo brakuje wyraźnego kontekstu niektórych działań. Osoby bez wiedzy na temat świata Halo nie połapią się we wszystkim. Być może taki był zamysł autorów, bo w ten sposób zachęcają do sięgnięcia po więcej - choćby książkową sagę o Prekursorach. Możliwe również, że na mój odbiór wpłynęła polska wersja, ale do niej jeszcze wrócimy.

Halo przyzwyczaiło nas do zróżnicowanej, „sandboksowej” rozgrywki, oferującej zarówno emocjonujące wymiany ognia w zamkniętych pomieszczeniach, jak i sposobność wyjścia na otwarte obszary, pozwalające pobawić się pojazdami, zmierzyć z większą liczbą rywali i samemu zdecydować o metodzie przejścia do kolejnego etapu. Najnowsza część jeszcze lepiej realizuje te założenia, dzięki czemu ani na moment nie wkrada się nuda. Starcia z przeciwnikami są niezwykle satysfakcjonujące i na wyższych poziomach dobrze testują nasze umiejętności. Strzałem w dziesiątkę było wprowadzenie do gry całkowicie nowego rodzaju wrogich jednostek - Promethean, strażników sekretów Rekwiem.

Zachowują się oni inaczej niż dobrze nam znani przedstawiciele Przymierza, na których także wielokrotnie natrafiamy w Halo 4, więc trzeba odpowiednio dostosować dotychczasowe taktyki. Zwłaszcza na poziomie legendarnym, gdzie spotkanie kilku Skoczków (Knights) stanowi niezłą zagwozdkę - strzelać od razu czy jeszcze poczekać, bo wróg nam ucieknie i tylko zmarnujemy amunicję? Prometheanie przynieśli ze sobą własne uzbrojenie, świetnie rozbudowujące wachlarz naszych możliwości. Z większości nowych „zabawek” korzysta się z przyjemnością i z czystą ciekawością sprawdza ich działanie na kolejnych przeciwnikach. Fajnie, że zmienił się nieco wygląd i dźwięk starych broni UNSC oraz Przymierza, co także w pewnym stopniu wzmacnia ten powiew świeżości w rozgrywce.


Bardzo mnie interesowało, czy 343 Industries zrobi coś swojego na miarę latania w przestrzeni kosmicznej z Halo: Reach. Pokazali już jakiś czas temu Mantisa, wielkiego robota, którym możemy pokierować zarówno w kampanii, jak i niektórych trybach wieloosobowych, jednak to nie było to. Nie mam zamiaru wchodzić w szczegóły, ale niespodzianek nie brakuje, a początek ostatniej misji to hołd złożony klasykowi science-fiction. Ogólnie nie potrafię wskazać wyraźnie słabszego fragmentu kampanii, co zazwyczaj nie było trudne w poprzednich częściach (choćby „Cortana” z Halo 3). Cały czas dzieje się coś ciekawego, a akcja zwalnia jedynie po to, byśmy złapali chwilę oddechu przed kolejną epicką sceną. Wszystko zrobiono jednak ze smakiem i bez nadmiernego przepychu, z jakim mamy zwykle do czynienia w Call of Duty. Można powiedzieć, że z serii Activision zapożyczono kilka scen z QTE, ale na szczęście nie ma ich wiele i wsadzono je tam, gdzie pasowały.

Innym aspektem, w którym Halo 4 zdecydowanie błyszczy, jest jakość wykonania gry. Oprawa graficzna, zgodnie z oczekiwaniami, prezentuje się wyśmienicie. Najlepiej wyglądają pomieszczenia, zamknięte poziomy i konstrukcje Prekursorów. Nieco gorzej jest z otwartymi terenami, jednak i one nie odstają za bardzo. Na każdym kroku widać przywiązanie do szczegółów i kunszt projektantów. Niektórzy nie doceniają designu tej serii, bo jest dość charakterystyczny i nie każdemu  się podoba, ale już Halo: Reach zamknęło usta wielu śmieszkom piszącym o „laserkach i różowych krasnalach”. Halo 4 powinno pozbawić argumentów pozostałych malkontentów. To zdecydowanie jedna z najładniejszych gier tej generacji konsol, która przy ogromnym rozmachu działań nie zwalnia ani na moment. Cieszy duża różnorodność lokacji, do czego też już się grający w Halo chyba przyzwyczaili, oraz dopieszczone przerywniki filmowe.

Muzyka stoi na wysokim poziomie, zachowała swój podniosły charakter i odpowiednio buduje atmosferę w kluczowych momentach kampanii. Naturalnie ponownie słyszymy chórki i orkiestrę symfoniczną. Wszystko wydaje się jak najbardziej w porządku, lecz ja mam pewien niedosyt. Neil Davidge to jednak nie Marty O'Donnell, który pozostał z Bungie. Z reguły kolejne motywy przewodnie Halo robiły za dzwonki w moim telefonie komórkowym. Tym razem tak nie będzie. Nie mam za to zarzutów do pozostałych kwestii związanych z udźwiękowieniem. Bronie wreszcie brzmią, jak powinny, podobnie pojazdy, a odgłosy otoczenia w wielu miejscach wypadają perfekcyjnie. 

Halo 4 to pierwsza odsłona serii, która została - wzorem innych tegorocznych produkcji Microsoftu - w pełni przetłumaczona na język polski. Nie mam problemów z graniem w tytuły z naszym dubbingiem i z reguły podchodzę do tego bez emocji, ale przyzwyczajony do charakterystycznych głosów głównych bohaterów bałem się, że lokalizacja negatywnie wpłynie na mój odbiór gry. O dziwo polscy aktorzy wcale nie wypadli źle. Najważniejsze, że całkiem udanie dobrano ich do roli Cortany i Johna, a Master Chief to Master Chief, a nie Starszy Bosman. Głos naszego superżołnierza skądś kojarzyłem i gdzieś już wcześniej słyszałem, ale za cholerę nie byłem w stanie przypisać go do konkretnego nazwiska i twarzy. To chyba dobrze. Po kilku misjach pogodziłem się z tym, że gram po polsku i w najmniejszym stopniu mi to nie przeszkadzało.



Nie obyło się oczywiście bez kilku pomyłek. Mniejsza z tym, że miejscami coś niezbyt udanie przetłumaczono, bo wiadomo, że przy braku kontekstu zawsze może się to przytrafić. Rozumiem również sztuczne wydłużanie wypowiedzi i dziwne pauzy, by lepiej dopasować daną kwestię do ruchu warg postaci. Jednak, choćby nie wiem jak mocno przymykać oko, trudno przejść obojętnie obok wpadki z tekstem. Otóż, jeśli gramy z polskim dubbingiem i włączonymi napisami, to błyskawicznie spostrzeżemy, że aktorzy używają całkowicie innych słów. Najpierw przełożono na nasz język angielski scenariusz, potem w trakcie nagrań odpowiednio go modyfikowano, stosownie do potrzeb. Normalka. Szkoda tylko, że ktoś zapomniał zamieścić zaktualizowanego tekstu w samej grze... Wyobrażam sobie też, że przez jakiś czas obiektem żartów będzie lektor w trybie wieloosobowym. Bo jak tu z powagą podejść do „Wielkiego drużynowego zabójcy z Infinity” (Big Team Infinity Slayer) albo medalu „Zabójczokularnie” (Killtacular).