Recenzja Zapowiedź Poradnik Galeria Lista Osiągnięć Wywiad XCN | Obecnie wydawcom wystarcza najgłupszy możliwy powód, by wypuścić na rynek jeszcze jedną grę muzyczną. Jakiś czas temu wymyślono, że dobrym pomysłem jest tworzenie produkcji poświęconych konkretnym zespołom. W tym roku przyszła pora na zdobycie następnych odbiorców - najmłodszych graczy i ich rodziców. Activision uderzył z biednym Band Hero, biorąc silnik z Guitar Hero, zmieniając kolorystykę i listę kawałków. Warner Bros. poszedł z MTV nieco inną drogą, łącząc dwa żywioły - klocki LEGO oraz serię Rock Band. Czy lepszą?
Zmiany wizualne to oczywiście pierwsza rzecz rzucająca się w oczy. Zamiast przypominających ludzi awatarów mamy gwiazdy rocka zrobione z LEGO, w tym cały zespół Queen czy Iggy'ego Popa. Z kolei przelatujące nutki mają pasujący do całości kształt, a podróżujemy pojazdami, które pewnie dałoby się stworzyć z zestawu klocków. Nie mogło zabraknąć również jakiegoś elementu budowania. Wraz z postępami w głównym trybie odblokowujemy kolejne przedmioty, którymi da się udekorować naszą siedzibę. Dostajemy plakaty, tablice, zestawy głośników, plandeki z napisami i całe stosy innych rzeczy. Podobnie wygląda sprawa z dodatkowymi gitarami i postaciami. Klocki towarzyszą nam na każdym kroku. Muszę przyznać, że udało się deweloperom takim prostym zabiegiem po części oddać magię towarzyszącą grom LEGO. Nie jest to jednak zwykła kopia Rock Band z zabawkowym klimatem w tle.
W związku z tym, że ten tytuł skierowany jest do każdego, kto potrafi zginać palce, machać rękami lub wydawać z siebie dźwięki, to modyfikacje musiały dotknąć także bezpośrednio rozgrywkę. Jedną z ważniejszych jest to, że nie da się w LEGO Rock Band skusić w trakcie wykonywania piosenki. Najwyżej otrzymasz mniej punktów, a co za tym idzie klocków - tutejszej waluty. Kupujesz za nie nowe części ciała, postacie, instrumenty albo pojazdy odblokowujące następne koncerty. Inna nowość to poziom trudności "Super Easy", z którym poradzi sobie największy nowicjusz, mający totalnie zerowe wyczucie rytmu. Przykładowo na gitarze wystarczy samo szarpanie za strunę. Dziwny dodatek stanowi możliwość grania skróconych wersji utworów w "Free Play". Gdyby je chociaż ładnie przycięto, to może do czegoś by się to nadawało.
Zmiany dosięgły trybu "World Tour", który przerobiono niczym w The Beatles: Rock Band na "Story". Standardowo podróżujemy po różnych miejscach rozrzuconych po świecie, grając koncerty, zbierając kasę i fanów. Doszły charakterystyczne dla serii LEGO przerywniki filmowe z kwadratowymi postaciami w rolach głównych. A to przeprowadzamy casting, a to walczymy z wielką ośmiornicą czy pomagamy budowlańcom w wyburzaniu. Nie ma dialogów, ale obecny jest prosty humor, który widzieliśmy już w Star Wars, Batman czy Indiana Jones. Jakoś udało się go zgrabnie dopasować do muzycznych realiów. W tym trybie pojawiły się jeszcze specjalne wyzwania. Bez możliwości odpalenia "Overdrive" i solówek siłą rocka pokonujemy podwodnego stwora, zmiatamy z powierzchni ziemi wieżowiec albo wypędzamy duchy, grając/śpiewając przy tym oczywiście piosenkę z filmu "Pogromcy duchów".
Niby czeka na nas aż 160 koncertów, ale ograniczona do 45 kawałków ścieżka dźwiękowa daje się we znaki. Każda miejscówka posiada zwykle dwie nowe piosenki. By odblokować kolejną musimy niestety zdobyć więcej niż dziesięć gwiazdek, co powoduje, że po kilka razy odtwarzamy ten sam utwór. Granie w kółko tego samego to pierwsza rzecz, jaka może zniechęcić do muzycznego tytułu. Gra aż prosi się o kilkanaście dodatkowych pozycji, które nie tylko umiliłyby zabawę, ale również usprawiedliwiałyby w jakimś stopniu cenę. Trudno pozbyć się uczucia, że dostaliśmy wybrakowany produkt. Możemy co prawda korzystać ze sporej biblioteki DLC serii Rock Band (tylko kawałki, które nadają się dla osób w każdym wieku), lecz nie naprawia to monotonii trybu "Story".
Spis piosenek LEGO Rock Band odbiega oczywiście od tego, co znamy z Guitar Hero czy zwykłych wersji Rock Band. Ze względu na grupę docelową królują lekkie, popowe utwory, często z prostymi melodiami i tekstami. Są też takie klasyki, jak "We Will Rock You" albo "Final Countdown". Pośpiewać można, lecz granie trzech tych samych nutek przez kilka minut nie jest już tak przyjemne. Osobiście jednak nie narzekam. W Guitar Hero 5 nie mogłem znaleźć choćby pięciu fajnych kawałków, które raz na jakiś czas chętnie bym zagrał. Tutaj nie miałbym większych problemów ze skompletowaniem takiej listy.
LEGO Rock Band posiada swój urok i była spora szansa, że nie stanie chamskim wyciągaczem kasy. Zaprzepaszczono ją z kilku powodów. Kompletnie nie rozumiem pewnych decyzji twórców. Czemu wycięto tryb online i skazano mnie tym samym na samotne granie? Do tego strasznie irytują długie "loadingi". Jesteś w bazie wypadowej i chcesz zajrzeć do biura w celu zatrudnienia menadżera lub innego członka ekipy - czekaj. Chcesz przejść do kariery, a następnie do konkretnej piosenki - przygotuj się na dwa ekrany ładowania. Denerwujące i rozpraszające. Rzecz jasna największą wadą jest to, że dostajemy tak naprawdę tylko tryb "Story" z 45 piosenkami za cenę pełnoprawnej gry muzycznej.
Przyznam się, że z LEGO Rock Band bawię się nieco lepiej niż z Guitar Hero 5, ponieważ najzwyczajniej wciągnęła mnie zabawa w zespół muzyczny złożony z klocków LEGO. Osoby odpowiedzialne za przeniesienie do gry słodkiego klimatu gier LEGO spisały się na medal. Bez wątpienia zespołowi Harmonix/TT udało się jedno - to najbardziej przystępna produkcja muzyczna na rynku, zarówno ze względu na maksymalnie obniżony poziom trudności, jak i lekką atmosferę towarzyszącą zmaganiom z nutkami. Skromniutka lista piosenek i wycięcie wielu opcji znanych ze zwykłej edycji Rock Band nie pozwalają jednak wystawić większej oceny. Ciężko polecić ten tytuł prawdziwym miłośnikom gatunku. Ciekawi mnie czy grupa, do której wydawca kierował LEGO Rock Band, jest rzeczywiście zainteresowana tego typu produktem.

Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie. Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.
|