Zima, jak to zima, a to poprószy śnieg, a to powieje lodowaty wiatr. Tak wygląda owa pora roku w naszym pięknym kraju. Panowie z Capcom widzą ją trochę inaczej, bardziej „extremalnie”. Swoją wizję postanowili przedstawić w Lost Planet: Extreme Condition. Tutaj temperatura schodzi grubo poniżej – 100 stopni, a zamiecie śnieżne potrafią przysypać nie jeden budynek.
Zacznijmy więc od początku, czyli od fabuły. Akcja została osadzona na planecie E.D.N. III, gdzie raczej warunków sprzyjających ludzkiej egzystencji nie ma. Jednak nie każdemu przeszkadza taki klimat, zamieszkują ją krwiożercze potwory – Arkid’y. Naszym głównym bohaterem zostaje japończyk o zacnym imieniu – Wayne. Tyle wiemy na „starcie”, dalsze informacje i wydarzenia będziemy poznawać wraz z postępami w grze. Historia rozpoczyna się w momencie, kiedy odział wojskowy pod dowództwem ojca Wayne został zaatakowany przez ogromnego stwora zwanego Green Eye. Oczywiście, jak to zwykle bywa, nikomu nie udało się przeżyć poza naszym herosem. Uratowany przez śnieżnych piratów, wykonuje dla nich kolejne zlecenia. Z nich właśnie składa się kampania, w której musimy zaliczyć 11 misji. Podczas ich wykonywania zwiedzimy zamarznięte ogromne jaskinie, przysypane białym puchem ruiny miast oraz wnętrze wulkanu z płynącą lawą.
Tak wygląda część teoretyczna, teraz przejdziemy do części praktycznej. Na naszej drodze natkniemy się na dziesiątki wspomnianych już wcześniej Arkid’ów. Niestety, na nieszczęście naszego bohatera, 90% z nich jest przynajmniej z pięć razy większa od niego. Przeciwnicy są tak ogromni, że nie raz gracz zastanawia się, czy aby na pewno tego delikwenta da się w jakiś sposób zabić. Oczywiście zwykli wrogowie spotykani podczas misji nie są tak gigantyczni jak bossowie, których pokonujemy na końcu każdego levelu. Na szczęście każdy kosmita posiada punkt cieplny, czyli tak zwany słaby punkt. Kiedy takie miejsce zniszczymy robal natychmiastowo zmienia się w bryłę lodu zostawiając nam cenną energię termalną, niezbędną do przeżycia w tych ekstremalnie ciężkich warunkach. Podczas przemierzania zaśnieżonych krain licznik pokazujący nam ilość ciepła nieustannie spada. Szybkość ta zależy od wybranego przez nas na początku gry poziomu trudności. O ile na Easy/Normal/Hard można jakoś specjalnie nie zwracać na to uwagi, tak na poziomie Extreme (dostępny dopiero po jednorazowym zaliczeniu kampanii) cyferki spadają w straszliwym tempie. Dzięki energii odnawia nam się również pasek żyć. Ciepło da się też uzyskać w inny sposób, przy zajmowaniu tak zwanych postów. Pokazują one nam przy okazji drogę, którą mamy podążać, aby dotrzeć do celu.
W walce z Arkidami pomoże nam zdobywany w misjach arsenał. Znajdziemy między innymi zwykły karabin maszynowy, shoutguna czy snajperkę oraz dwa rodzaje działek plazmowych (kiedy ich używamy spadam nam energia). Do tego nasz bohater ma kilka zabawek do rzucania, takich jak zwykły granat, granat plazmowy, disc granade (bardzo ciekawy, jest to granat w kształcie dysku do rzucania) i granat, po rzuceniu którego pojawiają się balony w kształcie człowieka nafaszerowane materiałami wybuchowymi. Na „grubsze sprawy” pozostaje bazooka oraz mechy, zwane tutaj Vital Suits (VS). Każdemu z nich możemy dowolnie wymieniać arsenał, co daje nam trochę swobody. Naszego przyjaciela możemy wyposażyć więc w np. karabin maszynowy, wyrzutnię rakiet, shoutguna oraz kilka innych. Siedzenie w maszynie jest niestety równoznaczne z szybszym spadkiem energii termicznej. Kiedy licznik spadnie do zera, nie mamy już możliwości prowadzenia pojazdu. Bohater wyposażony jest również w hak, dzięki któremu może się przyczepiać do ścian i wciągać się na trudniej dostępne miejsca.
Same misje nie są za bardzo zróżnicowane, ot musimy dojść z jednego punktu do drugiego niszcząc po drodze wszystko co stanie nam na drodze. Tutaj nie spotkamy żadnego sprzymierzeńca, a przynajmniej podczas gry, ponieważ na cut-scenkach zobaczymy kilka innych postaci. Jednak kampania dla jednego gracza wcale nie jest nużąca jak mogłoby się to wydawać. Walki z bossami nie opierają się tylko i wyłącznie na staniu i pruciu w nich z czego tylko się da. Takie stanie w miejscu skończy się raczej szybkim zgonem. Trzeba się trochę namęczyć, aby pokonać takiego przeciwnika (oczywiście są wyjątki). Misje możemy przechodzić na dwa sposoby – albo zabijać wszystkich i brnąć powoli do końca, lub wszystkich olać i biec przed siebie. Tym pierwszym sposobem gra nam zajmie nie więcej niż 8h grania, tym drugim o wiele mniej.
Jednak gwoździem programu jest tutaj tryb multiplayer, który znacznie przedłuża rozgrywkę. Po stworzeniu naszej postaci (na początku do wyboru mamy tylko trzy ubranka i kilka ich wersji kolorystycznych, ale z czasem odblokowują się nowe) możemy już zacząć rozgrywkę. Do wyboru mamy cztery tryby – Team Elimination, Elimination, Post Grab oraz Fugitive. Dwa pierwsze to zwykłe deatchmatche, w Team Elimination walczą przeciwko sobie od dwóch do czterech drużyn. W Elimination wszyscy są przeciwko sobie, czyli każdy na każdego. Post Grab to zajmowanie na mapie poszczególnych postów przez przeciwne drużyny. Ten team, który będzie miał największą ich ilość wygrywa rundę. Ostatni opisywany tryb to zabawa w kotka i myszkę. Jeden gracz jest zwierzyną, a reszta musi go zabić. W każdym trybie z lewej strony ekranu są wskaźniki, tak zwane battle gauge. Za zabicie przeciwnika otrzymujemy od około 800 do mniej więcej 1200 punktów. Jeśli pasek którejś z drużyn osiągnie wartość zero przed końcem czasu, automatycznie przegrywa.
Sama rozgrywka jest bardzo przyjemna, chociaż mamy jeden dość uciążliwy mankament – spore lagi. Czasem trafia się na tak mocno „zlagowane” serwery, że wszyscy wydają się być nieśmiertelni i posiadają zdolność teleportacji. Na szczęście można trafić na „normalny” pokój, w który zrelaksujemy się. Zależnie od ustawień serwera, na mapie znajdziemy znane z kampanii mechy oraz broń. Po respawnie jesteśmy wyposażeni tylko i wyłącznie w ustawioną wcześniej przez zakładającego serwer broń oraz losowo wybierany granat. Twórcy mieli świetny pomysł wprowadzając piętrowe mapy, na których bardzo przydatny okazuje się być hak.
Po każdym rozegranym meczu w zależności od tego ile razy zginęliśmy, ile razy my zabiliśmy oraz czy nasz team wygrał (najważniejszy współczynnik) dostajemy punkty doświadczenia, które następnie przeliczane są na level. Z początku banalnie jest wbić kolejne poziomy, zabawa zaczyna się dopiero od około 25lv, gdzie trzeba już rozegrać kilka wygranych rund, aby ujrzeć magiczny napis „level up!”. W podróży do 50 lv (wiąże się z tym achievement) zdobywamy kolejne ubranka i wersje kolorystyczne dla naszego żołnierza. Największy level jaki można posiadać w grze to 99. Do takich graczy czuje się prawdziwy respekt.
Graficznie gra wygląda po prostu świetnie. Olbrzymie monstra zapychają dech w piersiach, a widoki też są niczego sobie . Cieszą również takie smaczki jak na przykład rozsypywany śnieg na boki kiedy jakiś potwór machnie łapą, czy wyskoczy z pod pokrywy śniegu. Wszystko jest pięknie animowane. Mówię teraz oczywiście o grze single player, ponieważ w multi nie jest już aż tak cudnie. Nie jest jakoś tragicznie, ale jest gorzej (normalka). Oprawa dźwiękowa nie powala. Melodia co prawda leci w tle, ale nie przywiązujemy do niej większej wagi kiedy np. goni nas olbrzymia dżdżownica.
Achievementy w grze nie są jakieś bardzo wymyślne. Offline napis „achievement unlocked” zobaczymy za zaliczenie poszczególnych misji oraz znalezienie target masków. Są to monety z wybitymi literami, które zebrane wszystkie tworzą pewien wyraz. Pieniążki są porozrzucane po całej planszy i niektóre jest naprawdę ciężko znaleźć. Poza zebraniem wszystkich target masów w danym levelu czeka nas również odszukanie ich we wszystkich misjach, na każdym poziomie trudności (Easy, Normal, Hard, Extreme). Do tego przejście gry na poziomie Extreme da nam 150 GS i jak dla mnie, to i tak za mało. Gra robi się piekielnie trudna, nie dość że energia spada w zastraszającym tempie, to jeszcze przeciwnicy są silniejsi oraz jest ich więcej. W rozgrywce online również spędzimy trochę czasu, ponieważ wbicie 50 lv wiąże się z rozegraniem dość sporej liczby meczy. Podsumowując, zaliczenie Lost Planet na 1000/1000 jest dość wymagające.
Capcom wykonało kawał bardzo dobrej roboty, obok której na pewno nie można przejść obojętnie. Krótki single jest uzupełniony długą zabawą online. Jeśli lubisz dość mocną zadymę na ekranie, to gra w sam raz dla Ciebie. Za udostępnienie gry do recenzji dziękujemy sklepowi internetowemu oraz Electronic Arts Polska.