Wyszukiwarka
Reklama
Panel użytkownika
Ankieta
Czy zamierzasz kupić Playerunknown's Battlegrounds?

Społeczność





MotoGP 14
Autor: Bartłomiej Piltz   
23.07.2014.


                                                               Recenzja     Zapowiedź     Poradnik     Galeria      Lista Osiągnięć     Wywiad

Milestone, jak przystało na „potentata” gierkowej branży, nie zwalnia tempa. Pracownicy zasuwają 24/7 żeby zadowolić koneserów wysokooktanowych przyjemności taśmowo wypluwanymi „hitami”. W kręgach wyznawców panuje nawet przesąd, że jeśli włoski deweloper nie wyda przynajmniej trzech produkcji w ciągu roku, nastąpi apokalipsa. Szczęśliwie, wiele wskazuje na to, że armagedon zostanie odroczony, gdyż na półkach sklepowych wylądował niedawno drugi tytuł spod dłuta rzeczonego studia - MotoGP 14. Czy wypada równie... hmm... średnio, jak pozostałe twory apenińskiej ekipy? Pytanie wydaje się retoryczne.


Od pewnego czasu Milestone rządzi i dzieli na rynku tytułów z motocyklami w roli głównej - stoją za każdą „pudełkową” produkcją tego typu. Laik mógłby domniemywać, że ten stan rzeczy jest wypadkową wysokich umiejętności, które pozwoliły zrównać z ziemią konkurencję. Nic bardziej mylnego. Umiejętności nie mają tu nic do gadania. To sprawka znikomego zainteresowania wydawców napomkniętą tematyką i licencjami z nią związanymi. Monopol - jak wiadomo - jest największym wrogiem wysokiej jakości, co w połączeniu z mocno przeciętnymi zdolnościami „Kamieniarzy” w operowaniu kodem zero-jedynkowym nie może zwiastować niczego dobrego. MotoGP 13 był tego doskonałym przykładem.

Tytuł przeciętny, nie noszący znamion artyzmu, bez jakichkolwiek ambicji - klasyczny średniak. Optymiści powiedzą, że był to debiut Włochów w „klasie królewskiej”, a okiełznanie mechanicznych rumaków w niej pędzących oraz zrozumienie nowych, szybszych uwarunkowań wymaga czasu. Niestety, moje doświadczenie ze ścigaczowym poprzednikiem MotoGP - serią SBK, którą południowcy raczyli nas latami - nie napawał optymizmem. Uwierzcie, znaczący progres nie jest ich domeną...

Początek przygody z MotoGP 14 i od razu niespodzianka - brak intra. Zamiast oglądać standardowy dla tego typu produkcji zlepek najciekawszych i najbardziej emocjonujących zdaniem autorów momentów, zostajemy niejako z marszu rzuceni w wir zabawy. Tuż po stworzeniu wirtualnego siebie lądujemy bowiem na torze, by wziąć udział w krótkim, acz treściwym tutorialu, który powinien zadowolić każdego żółtodzioba. Dopiero po zapoznaniu się z niuansami rządzącymi światem jednośladów podwoje otworzą przed nami menusy, które - w odróżnieniu od ubiegłorocznej odsłony - prezentują się całkiem zgrabnie.

Właściwy kontakt z najmłodszym szkrabem Milestone rozpocząłem od dania głównego - trybu kariery. Powitał mnie nieźle zrealizowany filmik, prezentujący jeźdźców, którzy po latach spędzonych pod osłoną kasku postanowili pokazać swe lico. Na ich twarzy gościł uśmiech, który wkrótce miał zniknąć, bo nadchodził nowy król - ja! Nim jednak przystąpiłem do upokarzania rywali, musiałem jeszcze wysłuchać opowiastkę o moim nowym domu - przyczepie. Tak, to nie pomyłka - Milestone nie odpuszcza i kolejny raz wrzuca tę nudnawą formę karierowego menu. Szkoda, że Włosi nie pokusili się o dodanie czegoś od siebie, choćby paprotki, którą musielibyśmy podlewać po zakończonej batalii. Zamiast tego otrzymaliśmy standardowy zestaw gadżetów - laptop, kalendarz itp. Zieeeew...


Z klasycznym podejściem mamy również do czynienia w sferze budowy opisywanego trybu - co nie jest zarzutem, broń nieistniejący boże. Pierwsze - bodajże - trzy pojedynki stoczymy w roli zapchajdziury, której przydzielono „dziką kartę” i wrzucono za stery motorowego planktonu, zasysającego w najniższej klasie - Moto3. Mimo że poziom trudności ustawiłem na „easy”, bo jestem leniem i nie znoszę przemęczać się niepotrzebnie, nie wygrywałem napomkniętych zawodów z przewagą kilkunastu sekund. Oponenci byli cholernie agresywni - nie stronili od bezpardonowych ataków po wewnętrznej zakrętów i permanentnego wyprzedzania na długich prostych. Zdziwiło mnie to mocno. Zrzuciłem to jednak na karb kiepskich parametrów moich maszyn, cierpliwie czekając na inaugurację sezonu.

Podpisawszy kontrakt z teamem, którego nazwy wymówić nie potrafię, miałem nadzieję, że wszystko wróci do normy i - w razie popełnienia drastycznego błędu - nie zostanę zmuszony do korzystania z lamerskich „czasocofaczy”, bo dziady będą milion kilometrów za mną. Niestety, myliłem się... Choć nie do końca. Nie do końca, gdyż po wylądowaniu w boksie, który był tak szkaradny, że aż mnie zemdliło (paskudna, ciemna kolorystka i rwąca animacja), dowiedziałem się, że twórcy zaszaleli mocno i wprowadzili „rewolucyjne” novum - tuning. Po konkretnym dopakowaniu jednośladu, życie od razu stało się prostsze, a konkurenci totalnie pognębieni!

Podbijanie statsów odbywa się w dość ciekawy sposób. Przed każdą sesją wyścigowego weekendu (maksymalnie cztery: trening, kwalifikacje, rozgrzewka i potyczka), mamy możliwość zamontowania tzw. „Data pack”, przy którymś z parametrów (silnik, zawieszenie itp.). Po przejechaniu okrążenia z tym ustrojstwem na pokładzie - dajmy na to w kwalifikacjach - prześle ono magiczne dane „dokądś tam”, dzięki czemu motor zyska jeden punkcik. Zbierzemy ich kilka, osiągi z danej kategorii podskoczą.

Żeby z czystym sumieniem zamknąć temat kariery i przejść m.in. do zrzędzenia oraz wytykania błędów, których - jak przystało na produkcję Milestone - jest sporo, dopowiem tylko, że całość oparto na oficjalnym kalendarzu tegorocznego czempionatu i podzielono na trzy klasy maszyn: Moto3, Moto2 i MotoGP. Nie zabrakło także miejsca dla oczywistości typu: punkty doświadczenia, ciułanie fanów i kilku innych dupereli. To by było na tyle.

Jak się sprawy mają z pozostałymi wariantami rozgrywki? Szału nie ma, ale dramatu również. Twórcy dali nam możliwość odpalenia dowolnej rundy Grand Prix, stworzenia własnego cyklu mistrzowskiego, bicia rekordów w Time Attacku, użerania się z wyzwaniami, pobuszowania w martwym multiplayerze oraz - co ciekawe - przejażdżki samochodem bezpieczeństwa (BMW M4 Coupe). Nie będę zanudzał opowiastkami o każdym z wymienionych trybów, bo nie ma w nich nic, co zasługiwałoby na szczególną uwagę. Skupię się na jednym - wyzwaniach.


Podzielono je na dwie zakładki zrzeszające po 17 scenariuszy, bazujących na wydarzeniach z poprzedniego sezonu MotoGP oraz pojedynkach mistrzów, gdzie gracz ma za zadanie pokonanie jakiegoś muflona i odniesienie zwycięstwa w wyścigu. Niektóre challenge są diabelnie irytujące. Nie dlatego, że trudne niebywale - wszystko rozbija się o oszukańcze praktyki przeciwników. Wiele jestem w stanie zrozumieć, ale żeby pocinając 300 km/h po prostej start/meta zostać wyprzedzonym przez typów, którzy zasuwają ze dwa razy szybciej (!)? I nie dość, że odsadzają mnie bez problemu, to w dodatku lubią zaserwować konkretnego kuksańca w tyłek?! To nieważne, że również się wyłożą - to ja mam przekichane! Musisz powtarzać event, bo „czasocofacze” nieaktywne, a dogonienie stawki mało prawdopodobne. Kpina! Paradoks całej sytuacji polega na tym, że im bardziej pokręcony, techniczny tor z krótkimi prostymi, tym łatwiejsza wygrana, bo znikome prawdopodobieństwo, że ktoś porachuje nam kości.

Ciągnąc wątek narzekania, nie sposób przemilczeć kilku innych równie wnerwiających badziewi. Mapka podczas wyścigu. Kurde, tak idiotycznie usytuowanej i zrobionej bez pomyślunku mapy dawno nie widziałem. Umiejscowiono ją po prawej stronie ekranu, tuż nad prędkościomierzem. Jest dość duża, przez co zlewa się z otoczeniem. Do tego przedstawia cały tor i nie przesuwa się z nami, jak choćby w produkcjach Codemasters. Kolejny minus - długie loadingi. Wybaczcie, ale żeby w XXI wieku gierka - mimo instalacji - wczytywała się rok?! Wolne żarty! Można by przymknąć na to oko, gdyby wyglądała i ruszała się konkretnie, ale gdzie tam!

O klatkującej animacji w obleśnym boksie wspominałem, na trasie jest podobnie - chrupnięcia występują nader często. Oprawa graficzna, w pojęciu stricte, również pozostawia sporo do życzenia. Jest cholernie sztywno, sztucznie, pusto i ogólnie smutno. Brakuje temu wszystkiemu duszy. Wkurza coś jeszcze - kamera. Tytuł motorowy, więc cisnę z perspektywy trzeciej osoby, bo inaczej nie potrafię. Niestety, domyślne ujęcie jest zbyt bliskie i sylwetka kierowcy zasłania sporo, co utrudnia wyprzedzanie - zwłaszcza kiedy rywale poruszają się w stadzie. Teraz tak, albo robię coś źle, albo programiści sknocili sprawę, ponieważ ilekroć oddalam kamerę, ta po restarcie pojedynku lub po uruchomieniu kolejnego zawsze wraca do wyjściowej pozycji. Głupota.

To odpowiedni moment, by zadać pytanie - czy najnowsza odsłona MotoGP skrywa jakieś pozytywy? Tak! Model jazdy. Model jazdy jest mocno rajcowny! Różnice między klasami maszyn są gigantyczne i wyczuwalne po pierwszym wduszeniu gazu - znacznie większe niż w poprzedniej odsłonie, dopowiedzmy. Po kilku bataliach w karierze, które stoczyłem za sterami zamulonej pierdziawki z Moto3, i przesiadce na skórzane siodełko potworów z najwyższej kategorii, kiedy w tryb wyzwań postanowiłem się pobawić, przez kilkanaście sekund nie potrafiłem pozbierać się z wrażenia. Poczucie prędkości wgniatało w fotel, dosłownie! Zresztą, nie tylko prędkość robiła dobrze, sterowanie także. Motorki prowadzi się bez zarzutu. Błyskawicznie „kładą się” w zakrętach, dzięki czemu pokonywanie szybkich sekwencji łuków - jak choćby tej na torze w Austin - nie męczy, a daje sporo frajdy. Nie oznacza to jednak, że utrzymanie w ryzach tych bestii nie wiąże się z żadnym wyzwaniem. Oj, nie! Mają one bowiem uczulenie na „słoniowy palec”, operujący prawym spustem - przeszarżowanie z gazem podczas wychodzenia z zakrętu jest „nagradzane” utratą przyczepności, ucieczką dupska i wizytą na OIOM-ie.


Czy MotoGP 14 rozczarowuje? Powiem krótko - nie. Gierki od Milestone mają to do siebie, że nikt, kto nie nosi białego sweterka z poplątanymi rękawami i nie mieszka w pokoju, w którym ściany są z poduszek, nie ma względem nich żadnych wygórowanych oczekiwań. Ot, mają to być zwykłe, zjadliwe zapychacze czytników w konsolach. Właśnie czymś takim są recenzowane motorki, których największym - w zasadzie jedynym - plusem jest przyjemny model jazdy. Cieszy, że Włosi dopracowują ten niezwykle ważny aspekt wyścigowego rzemiosła, szkoda jednak, że dłubanie przy wirtualnych układach kierowniczych i innych zawieszeniach absorbuje ich do tego stopnia, że zapominają o dopieszczaniu pozostałych elementów, na czele z grafiką, która od lat zasysa. Miał być średniak - jest średniak.

Kopię gry do recenzji dostarczył Xbox


Komentarze

Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.