Na samym początku wszyscy cieszyli się z zapowiedzi nowej gry w uniwersum "Gwiezdnych Wojen". Pojawiły się szkice, zwiastuny, obrazki i fani serii po prostu nie mogli wysiedzieć w miejscu. Wyszło demo, w którym mogliśmy zobaczyć fabrykę TIE Fighterów i czar prysł. W sieci znalazło się pełno komentarzy, że nudno i widać sporo braków. Niektórzy wmawiali sobie, że pełna wersja będzie lepsza, a jak wyszło w rzeczywistości?
Dawno temu, w odległej galaktyce - gdzieś pomiędzy nową, a starą trylogią - Darth Vader dalej wykonuje rozkaz Imperatora numer 66, tropiąc niedobitki Zakonu Jedi. Najnowszy ślad wskazuje na Kashyyk - pierwszy etap (prolog) Force Unleashed. Wcielamy się w charczącego Lorda Sitha we własnej osobie i mamy mały przedsmak tego, co czeka nas w kolejnych rozdziałach. Owym człowiekiem, który stoi po jasnej stronie mocy okazuje się ojciec głównego bohatera. Vader widzi potencjał w małym dziecku i zabiera je ze sobą. Akcja od razu przeskakuje o kilkanaście lat do przodu, gdy nasz wojownik – Galen Marek (alias Starkiller) - jest już dorosły i stał się tajnym uczniem Skywalkera. Szkolony był w przekonaniu, że gdy dowie się wszystkiego o mocy, wspólnie z Vaderem pokona Imperatora. Najpierw jednak musi przemierzać wszechświat likwidując Jedi. Fabuła jest nieźle pomyślana, oglądając przerywniki filmowe czułem klimat produkcji ze srebrnego ekranu. Z drugiej strony niektóre wątki można było ciekawiej rozwinąć. Twórcy mogli też przyłożyć się bardziej do samych postaci, ponieważ Galen momentami wydaje się bezpłciowy - widzimy jego rozterki, problemy i temu podobne, ale przydałaby się mocniejsza i bardziej wyrazista sylwetka, jak na czarny charakter przystało.
W trakcie odbywania międzygalaktycznej przygody zwiedzimy kilka ciekawych i świetnie zaprojektowanych miejsc. Większość poziomów wygląda pięknie, a do tego są one niezwykle różnorodne. Drażni jednak brak dowolności w wyborze drogi - cały czas wąskimi korytarzami idziemy do większej lokacji, potem znów przejście i trochę więcej miejsca. Schemat strasznie razi po oczach. Drugą rzeczą, która może irytować jest częste wracanie do wcześniej zwiedzonych miejsc. Fakt, nie idziemy dokładnie tą samą drogą, ale taka planeta-wysypisko przy kolejnym podejściu nie robi takiego fajnego wrażenia. Słuchając zapowiedzi twórców zanosiło się, że ze Starkillerem zwiedzimy trochę ciał niebieskich, a w efekcie wyszło inaczej.
Tytuł zobowiązuje i byłem bardzo ciekaw, czy twórcom uda się uwolnić w pełni potęgę mocy. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że zadanie zostało wykonane. Zaraz na początku zabawy zauważyłem most, naładowałem pchnięcie i wszystko zaczęło fruwać - kładka ledwo się trzymała, jakieś drewniane osłony migiem się rozpadły, futrzaki z kuszami wyleciały w powietrze i na dodatek wszędzie śmigały drzazgi. Świetnie to wyglądało, byłem pod dużym wrażeniem. Do tego ataków jest mnóstwo - mamy pchnięcie, błyskawice, lewitację, a czasem da się też stworzyć elektryczną tarczę, czy wywołać wielką falę uderzeniową (przydaje się, gdy otoczy nas kilku silniejszych przeciwników). Za wszystko odpowiadają trzy silniki, o których nie mam zamiaru się zbytnio rozpisywać, bo najważniejsze jest, że Havok, Euphoria i DMM świetnie ze sobą współpracują, co dobrze widać na ekranie.
Darth Vader, jak to Lord Sith, potrafi cuda, ale gdy wcielamy się w Starkillera nie jest już tak różowo. Postawiono na ulepszanie postaci i kupowanie nowych umiejętności za punkty doświadczenia, dlatego dopiero po jakimś czasie otrzymamy naprawdę widowiskowe i efektowne ataki. Warto zatrzymać się na chwilę przy śmiercionośnym orężu, dzierżonym przez głównego bohatera w dłoni. W Force Unleashed twórcy ograniczyli trochę siłę miecza świetlnego, przez co zwykli podwładni Imperatora nie padają po jednym ciosie. Decyzja ta jest w pełni zrozumiała, bo dzięki temu, że musimy wykonać kilka ruchów możemy robić ciekawe kombinacje. Przykładowo po paru cięciach i wciśnięciu pchnięcia Galen wywala oponenta na kilometr. Nie znaczy to, że system walki jest tutaj skomplikowany. Szybko poznajemy jego tajniki i operujemy poczynaniami postaci. Mamy tylko jeden przycisk, odpowiadający za machanie "latarką", a reszta w większości przypisana jest pod moce. Generalnie nie gra się źle, ale znajdą się z pewnością osoby, którym to ewidentnie będzie przeszkadzać, bo spodziewali się czegoś na styl Jedi Outcast.
Oprócz zwykłego wycinani kolejnych grup zwykłych przeciwników są również potyczki z bossami. Tutaj zastosowano bardzo popularne w tej generacji sekwencje "Quick Time Events", czyli wciskanie pojawiających się na ekranie przycisków. Ciekawie się to prezentuje w przypadku walk z Jedi – świetne ujęcia, ciekawe ciosy. Natomiast w trakcie innych starć bywa różnie. Jest widowiskowo, ale gdy widzimy po raz piąty tą samą animację, to zaczyna się robić nudno. Poza tym kilka akcji jest trochę naciąganych, jak ta znana z dema, gdy przecinamy mieczem całego AT pojedynczym ciosem. Twórcy nie ustrzegli się także irytujących błędów. Przede wszystkim brakuje celownika oddanego w pełni pod naszą kontrolę. Gra sama blokuje znacznik na wrogu i kiedy prowadzimy małą bitwę z dużą liczbą oponentów robi nam się mały bałagan. Z czasem coraz mocniej to wkurza.
Oprawa audiowizualna wypada w Star Wars: The Force Unleashed bardzo dobrze. Muzyki nie trzeba nawet oceniać i chwalić – wszystko jest na licencji, więc oczywiście usłyszymy znane z gwiezdnej sagi motywy. Graficznie z kolei jest dość nierówno. Momentami naszym oczom ukazuje niezbyt interesująca i przykuwająca wzrok grafika, aczkolwiek dużo sporo miejsc wygląda przepięknie. Raxus Prime utrzymane praktycznie w jednej kolorystyce prezentuje się wyśmienicie, podobnie zresztą Felucia, gdzie barw jest mnóstwo.
Fanom "Gwiezdnych Wojen" nie trzeba polecać nowej gry korzystającej z tego bogatego uniwersum, bo oni i tak sięgną po ten tytuł, by przynajmniej poznać historię, która poniekąd łączy trzeci i czwarty epizod. A co z pozostałymi? Jeśli brakuje komuś całkiem udanej siekanki z perspektywy trzeciej osoby, z kilkoma udanymi pomysłami, to powinien być zadowolony. Produkcja LucasArts nie zasługuje jednak na pieśni pochwalne, ponieważ deweloperom nie udało się w pełni dopracować swojego dzieła i maksymalnie wykorzystać niezwykle mocnej licencji. Częściowo niestety zmarnowano potencjał, za co należy im się mała chłosta.