Wyszukiwarka
Reklama
Panel użytkownika
Ankieta
Najciekawsza postać z serii Gears of War to:

Społeczność





Burnout Crash!
Autor: Bartłomiej Piltz   
21.09.2011.


                                                               Recenzja     Zapowiedź     Poradnik     Galeria     Lista Osiągnięć     Wywiad XCN

Przeczytawszy pierwszą wzmiankę o rzekomym rozpoczęciu prac przez Criterion Games nad nowym Burnoutem, do tego w wydaniu Xbox Live Arcade, zdębiałem. Przeglądając jednak stopniowo ujawniane szczegółowe informacje mój zapał powoli przeistaczał się w sceptycyzm. Nie mogło być inaczej, gdyż wynikało z nich, że gierka skupi się całkowicie na trybie "Crash", a model rozgrywki ulegnie całkowitej przemianie. Gdy obejrzałem pierwszy zwiastun prezentujący produkcję w akcji, byłem już prawie pewien, iż z tej mąki chleba nie będzie...


Nie mając wygórowanych oczekiwań rzuciłem się w wir "zabawy". Pierwsze skojarzenie, które nasunęło mi się po kilku minutach spędzonych z grą, to Frogger, czyli stara jak świat pozycja o żabie próbującej przeskoczyć po kładkach na drugi brzeg strumyka lub przedostać się przez zatłoczoną jezdnię. Czemu? W Burnout Crash masz do czynienia z identycznie umiejscowioną kamerą oraz z przemieszczaniem się od dołu ekranu. Celem ropuchy było przejście na przeciwległy kraniec mapy w jednym kawałku, natomiast recenzowany tytuł skupia się na czymś zgoła odmiennym - spowodowaniu jak największego karambolu w centralnej części lokacji. Dostajesz rozpędzoną gablotę, ale nie możesz operować pedałem gazu czy hamulca. Możesz jedynie władować się w inny pojazd i w ten sposób wywołać swoistą reakcję łańcuchową, blokując drogę innym uczestnikom ruchu. Istotne jest to, że od chwili zapoczątkowania demolki na trasie nie staniesz się biernym widzem, cały czas będziesz musiał zmieniać położenie swojego wraku dzięki dwóm opcjom - Crashbreaker oraz Aftertouch.

Korzystanie z dobrodziejstwa tego pierwszego wymaga zapełnienia specjalnego paska. Proces ów jest automatyczny, lecz niestety trwa dość długo. Na szczęście istnieje możliwość jego przyspieszenia poprzez inicjowanie stłuczek. Kiedy zapełnisz miernik będziesz miał sposobność zdetonować ładunek umieszczony w zgliszczach pojazdu. Jest to niezbędne do przemieszczania się po mapie - rzeczony wcześniej Aftertouch, czyli zmiana pozycji sfatygowanej bryki dzięki energii nadanej przez eksplozję - oraz wysadzania w powietrze przejeżdżających autek, co skutkuje wzbogaceniem konta punktowego. Na koniec każdej potyczki ujrzysz tablicę z widocznymi celami. Trzy z nich to odpowiednie pułapy punktowe, zaś dwa pozostałe stanowią zadania specjalne, jak np. przepuszczenie karetki pogotowia, zdemolowanie zaparkowanego sportowego auta itp. Wypełniając poszczególne zadania otrzymasz gwiazdki - po jednej za każde. Gwiazdki z kolei odblokowują nowe eventy i samochody.

W grze znalazło się miejsce dla trzech typów konkurencji, z tym, że sama mechanika i ogólny zamysł nie odbiegają od siebie drastycznie. Dlatego też bardzo szybko wkrada się monotonia i znużenie. Beztroskiej rozwałki możesz dokonywać w: Road Trip, Rush Hour oraz Pile Up. W pierwszym musisz wykazać się zimną krwią i koncentracją, gdyż rozgrywka kończy się w momencie, w którym przez zasieki przemknie pięć nienaruszonych samochodów z ruchu ulicznego. Jeśli będziesz wystarczająco dobry i przetrwasz całą potyczkę, zostaniesz poproszony o aktywowanie Super Feature. Odpalając to cudo sprowadzisz huragan siejący spustoszenie. W zasadzie to jedyna rzecz, która wywarła na mnie pozytywne wrażenie.

Intensywność oraz czas trwania opisanego zjawiska atmosferycznego uwarunkowane są liczbą przepuszczonych pojazdów. Podczas eventu będziesz miał również okazję wypróbować parę specjalnych manewrów, typu wezwanie blokady policyjnej (odetniesz w ten sposób jedną z arterii - każda zdewastowana przez gliny bryka zapisana zostanie na Twoim koncie), magnes (przyciągasz wraki pojazdów, by po użyciu Crashbreakera rozrzucić je, trafiając nadjeżdżających nieboraków), cysterna (niszcząc ją wywołasz konkretną rozpierduchę). Jest jeszcze kilka podobnych "broni", ale nie ma sensu pisać o każdej z nich. Dodam tylko, że aby użyć którejś z nich należy naładować tak zwany Crash Meter. Nie jest to jakiś nader skomplikowany proces - ot, wystarczy siać zamęt na drodze, łącząc poszczególne kraksy w combosy.


W Rush Hour najważniejszy jest tykający licznik czasu. Na zademonstrowanie niszczycielskich umiejętności dostaniesz tylko 90 sekund, a Crash Meter został wyrzucony. Bynajmniej ten brak nie oznacza niemożności pobawienia się "specjalami". W "godzinie szczytu" odpalisz te duperele dzięki furgonetce rozwożącej pizzę. Gdy biedactwo to zostanie pozbawione sposobności przemieszczania się, na ekranie pojawi się ogromna pizza. Po naciśnięciu "A" wprawisz ją w ruch, uruchamiając coś na wzór koła fortuny. Takim sposobem wylosujesz jakiś rarytas. Kiedy czas batalii dobiegnie końca, arenę nawiedzi bomba atomowa, demolując wszystko, co ostało się po Twoich "igraszkach".

Ostatni rodzaj zadań, z jakimi przychodzi się zmierzyć w trakcie przygody z Burnout Crash, to Pile Up. Musisz się tutaj skupić na dwóch wskaźnikach - liczba pojazdów z ruchu ulicznego oraz mnożnik. Pierwszy jest równoznaczny z czasem przeznaczonym na eksterminację. Nie ma go zbyt wiele - zaledwie 30 samochodów. Nieważne czy zniszczysz je, czy ominiesz, ponieważ licznik każdą sztukę weźmie pod uwagę. Jeśli chodzi o mnożnik (startujesz z x5), to wystarczy, że ominiesz parę bryk, a spadnie. Gdy zapas samochodzików zostanie wyczerpany, wejdziesz w Inferno Time - ruch uliczny znika, a zdobywane punkty są powielane przez mnożnik. Wówczas twoja uwaga winna skupić się na niszczeniu budynków, zaparkowanych pojazdów i innych elementów otoczenia.

Z ciekawostek warto napomknąć o znanej z serii Need for Speed funkcji Autolog - wszak grę wydaje Electronic Arts. Standardowo można porównywać wyniki ze znajomymi, rzucać wyzwania itd. W grze nastawionej na śrubowanie wyników jest to oczywiście miły dodatek. W związku z tym, że żaden z moich znajomych nie miał jeszcze tej gry w chwili jej testowania, to nie dane mi było szczegółowo przyjrzeć się działaniu tej opcji. Podobnie zresztą jest z Kinectem, którego nie posiadam. Gra jednak tylko w minimalnym stopniu wykorzystuje sensor ruchu Microsoftu. W specjalnym trybie dwie drużyny mogą rywalizować ze sobą, kontrolując wydarzenia na ekranie przy użyciu gestów (odpalenie Crashbreakera wymaga wykonania określonej czynności). Nic wyjątkowego i wartego uwagi. Multiplayera dla osób bez Kinecta zabrakło - musi im wystarczyć Autolog.

Gra w akcji prezentuje się ubogo. Jestem w stanie zrozumieć, że deweloper pragnął spróbować czegoś nowego, czegoś co będzie zgodne z duchem tytułów dystrybuowanych za pośrednictwem usług sieciowych konsol obecnej generacji, czyli nieco uproszczonej oprawy oraz zintensyfikowania akcji. Tylko dlaczego Burnout Crash nie wygląda choćby przeciętnie? Przecież wiele gier udostępnianych w taki sposób nie ma się czego wstydzić na tle swoich "większych braci" pod względem oprawy. Dotychczas Criterion Games było znane z ogromnej dbałości o prezencję swych produktów, dlatego tym bardziej dziwi fakt wizualnej ułomności ich najmłodszego dziecka. Prosta konwencja w jakiej została osadzona rozgrywka nie tłumaczy słabego wykonania. Modele samochodów są kiepsko animowane, a eksplozje, na których "Crash" bazuje, są mało przekonujące. Ponadto dźwięk stoi na zadziwiająco niskim poziomie (wkurzający spiker, średnia muzyka, beznadziejne odgłosy uderzeń oraz eksplozji).


Z Burnout Crash spędziłem kilka godzin, mimo że po niespełna dziesięciu minutach miałem już dość. Ślęczałem przy konsoli mamiąc się, że mijający czas odkryje przede mną jakąś niespodziankę. Niespodziankę, która zabije monotonię sączącą się z ekranu. Nic z tych rzeczy. Im dłużej grałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że tytuł ten jest biedny. Co z tego, że oferuje trzy rodzaje zawodów skoro nudzą się one po rozegraniu jednego meczu? Co z tego, że deweloperem jest wielkie Criterion Games, a gra ma słowo "Burnout" w nazwie skoro nie przypomina dawnych hitów tej ekipy? Uznajmy tę produkcję za wypadek przy pracy. Crash może i jest dobry jako dodatek do zwykłej gry wyścigowej, lecz jako osobna pozycja w mojej ocenie się nie sprawdził.




Komentarze

Dodane przez r1p w dniu - 2011-09-21 15:26:37
Lul, tak nisko? Grafika faktycznie nieciekawa, ale dźwięk i grywalność niezłe. No cóż, znawcą tego gatunku nie jestem :).

Dodane przez quczo w dniu - 2011-09-21 15:53:46
A tak liczyłem na ten tytuł i czekałem z niecierpliwością, a tu taka kiszka :/

Dodane przez Fuji w dniu - 2011-09-21 16:36:24
Wystawiona tej grze ocena końcowa i tak jest łaskawa ;) BTW Dźwięk w tym stolcu to padaczka. Przypomina ten, który towarzyszy klepaniu młotkiem wiaderka pełnego gnojówki...

Dodane przez r1p w dniu - 2011-09-21 16:39:33
Pisząc dźwięk mam na myśli muzyczki, które dobrane są świetnie :). Same odgłosy wiadomo, że są jakie są...

Dodane przez wrog w dniu - 2011-09-22 00:15:25
Zagrałem w demo i nie było źle, ale po kilku próbach faktycznie zaczynało się robić nudno. Do tego dochodzi spora losowość rozgrywki. Nie porwali mnie tym demem, ale może dam jeszcze szansę pełnej wersji. Niech się wezmą za prawdziwego Burnouta.

Dodane przez kbrs w dniu - 2011-09-22 08:16:44
zagralem w demo, imo to jakas tragedia jest. rozgrywka prostsza od gierek z iphona :f funowe to kopletnie nie jest, poza ladnymmenu nie ma w tej grze nic co w jakis sposob by mi sie spodobalo.  
 


Dodane przez Zeratul w dniu - 2011-09-26 18:24:56
gra 9/10 IMO... maksuje kazda plansze, super zabawa. Nie wiem na jakiej podstawie za dzwiek jest wystawione 4/10... mistrzowska muza, fajne kawalki i ciekawa narracja. Gameplay jest burnoutowy tylko widok sie zmienil. Moim zdaniem must have

Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.