Commanders: Attack of the Genos to gra strategiczno-turowa, czyli gatunek, który właściwie jest obecnie na wymarciu. Na Xbox Live Arcade już kilka podobnych pozycji zdążyło zagościć. Czyżby mały renesans turówek? Przekonajmy się...
Kampania, przedstawiająca konflikt „zwykłych” ludzi z modelami genetycznie ulepszonymi, składa się z 15 misji. Najbardziej cieszy fakt, że właściwie w każdej musimy robić coś innego, a nasze zadanie nie kończy się tylko i wyłącznie na zmieceniu wroga z powierzchni ziemi. Jest także tryb Battlemaps - 10 mapek, na których dochodzi do batalii. Każda kolejna jest coraz trudniejsza i walczymy z większą liczbą przeciwników. Na ostatnich planszach zmierzymy się z aż trzema graczami jednocześnie. Jedynym ułatwieniem jest to, że oponenci również biją się między sobą. W multiplayer możemy się bawić zarówno poprzez Live, jak i na jednej konsoli z kumplem czy bratem. Rozgrywka jednak nie różni się niczym od singla, a jedynym zadaniem jest wyeliminowanie przeciwnika.
Odpalamy pierwszą misje czy battlemapę i od razu w oczy się rzuca naprawdę piękna (jak na Xbox Live Arcade) grafika. Wszystko jest w żywych, ciepłych i ostrych kolorach, co sprawia, że gra jest bardzo przyjemna. Do dyspozycji są trzy rodzaje budynków – kapitol, fabrykę i kopalnie. W tym pierwszym da się budować tylko ludzi, którzy siłą nie grzeszą, ale za to są tani. W fabryce mamy natomiast o wiele większy wybór. W nasze ręce zostały oddane wszelkiej maści pojazdy, takie jak lekki i ciężki czołg, wyrzutnia rakiet, transportowiec czy działko przeciwlotnicze. Nie zabrakło miejsca dla naszego tytułowego Commandera, czyli jednostki o specjalnych zdolnościach. Z kopalni czerpiemy środki niezbędne do kupowania sprzętu wojennego. Teraz mała wiadomość, która może nieco zdziwić fanów wszelkich strategii - w grze nie ma opcji budowania budynków. Jedyną możliwością zdobycia kolejnych jest zajęcie struktur przeciwnika lub neutralnych, które czasem są pochowane gdzieś na mapie. Przejęcie odbywa się w banalny sposób, podchodzimy w odpowiedni punkt i stoimy tam przez jedną turę. Oczywiście przeciwnik również może nam zagarnąć nasze budowle, więc trzeba się mieć na baczności cały czas. Trochę uciążliwe jest tworzenie jednej jednostki na turę czy brak cofania ruchu. Czasem po prostu omsknie nam się ręka i pojedziemy nie w ten kwadracik, co trzeba, czy przez nieuwagę kupimy coś, czego wcale nie chcieliśmy.
Każda z jednostek jest opisana trzema wskaźnikami – szybkością, siłą rażenia i wytrzymałością. Mamy też informację na co dany rodzaj sprzętu jest wrażliwy, a na co silniejszy. Pozwala to na rozważne przeprowadzanie ataków, a nie walenie na ślepo i zastanawianie się potem: „Czemu ja go nie zniszczyłem, a on mnie rozwalił jednym strzałem?”
Osiągnięcia, osiągnięcia... 11 z nich jest za grę w singlu, a tylko jeden, warty 5 GS, za online. Nie dość, że tylko jeden to jeszcze zbugowany. Dostajemy go niby za ukończenie jednego meczu przez Live. Problem polega na tym, że niektórzy go dostają, a niektórzy nie. Mamy oczywiście achievementy za ukończenie kampanii, wszystkich 10 battlemap czy zniszczenie 1000 przeciwników. Zdobycie 200 GS jest z tego powodu bardzo trudne i wymaga spędzenia z tytułem sporo czasu.
Commanders: Attack of the Genos to bardzo, ale to bardzo dobra pozycja. Jeśli macie na koncie 800 MSP to bez zastanowienia bierzcie tę pozycję, bo naprawdę warto. Autorzy spokojnie mogli za nią poprosić 1200 MSP. Świetna grafika i oprawa audio, plus wciągający gameplay stawia grę na wysokim poziomie w moim rankingu. Prawdopodobnie nawet na pierwszym.