Ankieta

Od E3 2012 oczekujesz najbardziej:






Wideo:
Loading...


Czytaj o:
PlayStation 3

Ghostbusters: Sanctum of Slime
Autor: Urszula Hildman   
29.03.2011.


                                                               Recenzja     Zapowiedź     Poradnik      Galeria     Lista Osiągnięć     Wywiad XCN

Na pierwszy rzut oka koncept wydaje się przedni, gra Ghostbusters: Sanctum of Slime miała być zabawą w polowanie na duchy dla maksymalnie czterech osób. Po ograniu stwierdzam jedno: w powyższym równaniu zabrakło niestety najważniejszego elementu – zabawy. A szkoda, bo gra ma mnóstwo niewykorzystanego potencjału.

Zacznijmy od fabuły, która bardziej oklepana już chyba być nie mogła. Wskutek niekorzystnego splotu wydarzeń w samym sercu Nowego Jorku szaleniec wskrzesza starożytnego demona, a ten przyciąga do siebie wszelkiego rodzaju duchy. Fakt, nie liczyłam na skomplikowany scenariusz, no ale... Pomysł z przedstawieniem wątków w formie komiksowych wstawek z niemymi dialogami – owszem, niezły, ale wykonanie szwankuje, bo rozmowy czwórki naszych dzielnych bohaterów (nowych w uniwersum Ghostbusters zresztą) są długie i nudne jak flaki z olejem. Dodajmy, że dostajemy do wyboru cztery postacie... jednak nie rozumiem, jaki jest tego cel, skoro poza wyglądem niczym się one nie różnią? Zero statystyk to pierwsza z wad tej gry, ale z pewnością nie ostatnia.


Może więc Sanctum of Slime broni się niezłą rozgrywką? A skąd. Mamy do czynienia z hermetycznie zamkniętymi poziomami w liczbie 12 sztuk, z czego połowa to typowe miejscówki (hotel, szpital, cmentarz), a resztę stanowią walki z bossami i pseudo-urozmaicenie w postaci jazdy samochodem atakowanym oczywiście przez duchy. Mało tego – mimo tak małej ilości lokacji, cmentarz zwiedzimy dwa razy, a każdy poziom to sieć aren (tu odbywają się walki) połączonych wąskimi korytarzami. Zero eksploracji, brak wyboru ścieżki, a i część pomieszczeń jest ta sama. Niby można poszukać znajdziek, ale co to za frajda, skoro zawsze są one poukrywane w podobnych miejscach? Rozwalanie nielicznych zresztą elementów otoczenia... fascynująca sprawa.

Do dyspozycji dostajemy trzy bronie w kolorze czerwonym, żółtym i niebieskim. Niby różnią się one zasięgiem i działaniem, ale w sumie wszystko sprowadza się do dostosowania barwy pukawki do barwy ducha. Przeciwnicy są dosyć zróżnicowani, jeśli chodzi o rodzaje i siłę ataków, chociaż nuda jest wszechobecna, nawet podczas walki z bossami (mimo że jest to najsilniejszy – ze słabych – element Sanctum of Slime). W czasie potyczek z duchami zarabiamy kasę, ale nie ma z niej żadnego pożytku, bo służy ona wyłącznie do nabicia lepszego wyniku na koniec poziomu. Czemu w tego typu grze zrezygnowano z opcji ulepszania postaci? Nie rozumiem, gdyż aż się prosi, aby dodać coś podobnego. Można jedynie uzyskać chwilowo działające wzmocnienia typu nietykalność (jedyny użyteczny element), podwójne obrażenia czy też mnożnik punktowy. Ciekawi mnie czy twórcy naprawdę myśleli, że gracze będą tu rywalizować na punkty?

W ogóle ciekawi mnie, co przyświecało Atari, że wypuścili grę, której powtarzalność jest tak duża, iż nawet bohaterowie komentują odwiedzanie tych samych lokacji za pomocą błyskotliwych uwag w stylu: „Niech zgadnę, co będzie dalej” czy też „Dziwnie tutaj znajomo”. Szkoda, że zamiast żałosnych prób puszczania oka do gracza nie zajęto się dopieszczeniem produktu. Dodatkowo odstrasza wygląd poszczególnych miejscówek – słabiutkie tekstury, niemiła dla oka animacja nie poprawiają odbioru, a gra regularnie przycina się przed pojawieniem się na ekranie nowej fali przeciwników. Muzyka? Jeden fajny kawałek (motyw przewodni serii zresztą), a poza tym nic.


Co jednak najbardziej woła o pomstę do nieba, to poziom SI naszych partnerów. Ja rozumiem, że jest to z założenia gra nastawiona na tryb współpracy, ale znalezienie czterech osób chętnych na Sanctum of Slime nie jest łatwe. Co się zatem dzieje, gdy gramy samemu? Przez większą część fabuły jest nieźle, bo i wyzwanie praktycznie żadne, także komputer nie gubi się i działa dość sprawnie. Wszystko zmienia się z osiągnięciem poziomu 10 – ogromny chaos na ekranie sprawia, iż SI kolokwialnie mówiąc głupieje. W sumie sprowadza się to do sytuacji absurdalnej – jeśli zginiemy, zobaczymy nieuchronne "game over", gdyż gracze sterowani przez konsolę będą usiłować ożywić nas za wszelką cenę, nie zważając na napierających wrogów. Dodając do tego zero choćby minimalnej nietykalności po uderzeniu wroga i robi się trochę zbyt staroszkolnie (jedno dotknięcie, ogłuszenie i śmierć). Wyzwania, owszem, są fajne, ale należałoby podwyższyć poziom trudności innym sposobem, a nie idiotycznym zaprogramowaniem SI i brakiem czasu na reakcję.

Na szczęście da się grać z „żywymi” partnerami, zarówno lokalnie, jak i za pomocą Xbox Live, i trzeba przyznać, że Sanctum of Slime staje się wówczas całkiem znośną pozycją. Niestety, przy czterech osobach gra niemiłosiernie laguje, tak więc idealny okazuje się zestaw trzy plus jeden (CPU). Osiągnięcia nie są specjalnie wymagające, chociaż przejście samodzielne może być kłopotliwe ze względu na wspomnianą głupotę SI. Szkoda wielka, iż tytuł z lubianej przecież serii Ghostbusters okazał się niewypałem. Nie polecam, nie warto się denerwować.




Komentarze

Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.