O Insanely Twisted Shadow Planet usłyszałem stosunkowo niedawno – zapowiadała się zwyczajna dwuwymiarowa gra akcji, w której nic nie powinno zaskoczyć. Tymczasem rzeczywistość jest zgoła odmienna i omawiana produkcja to prawdziwy majstersztyk, z którym zapoznać się zdecydowanie warto. Czym ten niepozorny tytuł zasłużył sobie na moje uznanie? Zapraszam na szczegółowy raport z Planety Cieni. Zabawę rozpoczynamy jeszcze na ziemi ojczystej, gdzie zostajemy wprowadzeni w podstawy rozgrywki. Siadamy za sterami statku kosmicznego – niepozornej maszynki, która okazuje się niezwykle wielofunkcyjna. Dostęp do kolejnych bajerów zdobywamy w miarę postępów w kampanii, a każdy z nich jest niezbędny do pokonania danych fragmentów planety. W sumie czeka na nas kilka bardzo urozmaiconych stref, a każda z nich to zupełnie inni przeciwnicy i zasady rozgrywki. W momencie gdy zbierzemy cały arsenał, możemy powrócić do wcześniej odwiedzonych lokacji i zapuścić się w miejsca dotychczas niedostępne.
Najważniejszym elementem tytułu są zagadki środowiskowe – zwykle dość proste, jednak natrafić możemy na kilka perełek, których rozgryzienie zajmuje dłuższą chwilę. Ważne, że twórcy zachowali umiar i nie przesadzili z trudnymi fragmentami. Odwiedzany przez nas ląd (i nie tylko) bynajmniej nie jest miejscem wymarłym, dlatego często też sięgniemy za broń, aby utorować sobie dalszą drogę. A zaprawdę powiadam Wam – jest (jak wspominałem wcześniej) czym. Wszechobecne planeto-cieniste dziadostwo potraktować możemy działkiem, laserem, rakietami, a nawet piłą tarczową. Z kolei w elementach logicznych pomoże nam wiązka magnetyczna, chwytnik, czy choćby impuls elektryczny – ilość dostępnych gadżetów jest imponująca jak na produkcję tego typu.
Podczas naszej przygody trafimy m.in. do oceanu, zakątków skutych lodem, a nawet ciemnych wąskich korytarzy, które z rzadka rozświetla elektryczność. O tym jak bardzo dopracowana jest ta pozycja niech świadczy fakt, iż każda z tych stref posiada unikalne łamigłówki, których nie spotkamy w żadnej innej. I tak: instalacje przeciążymy tylko w środowisku elektrycznym, a o odpowiedni poziom wody zadbamy jedynie w strefie oceanicznej – niby sprawa wydaje się oczywista, ale wcale nie jest to standardem w innych produkcjach.
Odwiedzane przez nas lokacje tworzą spójny świat, ale przy pierwszym przejściu do kolejnej czeka nas rozprawka z bossem. Ci są dość wymagający i walka z nimi to zdecydowanie najtrudniejszy element gry. O ile podczas eksploracji natrafiamy na gęsto porozmieszczane punkty kontrolne, tak te starcia należy ukończyć bez większych potknięć, a każde z nich zmusza do rozpoczęcia pojedynku od nowa. Nierówny poziom trudności to zdecydowanie największa wada Shadow Planet, ale nie wpływa ona znacząco na grywalność.

Oprawa graficzna zgrabnie łączy stylistykę Patapona i World of Goo, przez co mamy styczność z tytułem niezwykle ładnym, mimo całej tej prostoty przekazu. Szczególnie dobre wrażenie robią śliczne tła i elementy otoczenie. Nieco słabiej przy nich wypadają nasi przeciwnicy, choć nadal jest to poziom przynajmniej dobry. Pochwalić należy także fizykę obiektów, która sprawia, że rozwiązywanie zagadek jest równie przyjemne jak w ubiegłorocznym Limbo. Muzyka jest bardzo nastrojowa i całkiem nieźle buduje klimat, choć żadna kompozycja nie zapada na dłużej w pamięci.
W moim prywatnym rankingu Insanely Twisted Shadow Planet to obecnie jedna z najbardziej wartościowych produkcji dostępnych na Xbox Live Arcade. Może nie wszystko udało się idealnie, ale przy takiej dawce grywalności warto wybaczyć ewentualne niedoróbki i przeoczenia. To tytuł, który zapewnia kilka godzin świetnej zabawy i gwarantuję, że będziesz chciał go ukończyć w stu procentach.

Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.