Na samym początku ostrzeżenie, które proszę potraktować z należytą powagą – jeżeli lekcje chemii w ogólniaku napawały was przerażeniem, nauczyciel kojarzył wam się z dwugłowym smokiem zionącym siarką (albo, co gorsza, siarkowodorem), a na hasła w stylu utlenianie, redukcja, atomy, a przede wszystkim układ okresowy reagujecie drgawkami, nie czytajcie dalej. To, co zobaczycie może was przerazić, a za traumę wywołaną w odbiorcach redakcja odpowiedzialności wziąć nie może. To samo tyczy się zresztą obcowania z termometrami starej daty – ci z wrodzoną alergią na rtęć proszeni są o ogromną ostrożność.
Czemu rtęć? Dlaczego ostrzegam przed chemią? Mercury Hg, które dopiero co wtoczyło się na Xbox Live Arcade, to pozycja, gdzie głównym bohaterem jest... pierwiastek. Tak, tytułowa rtęć to wizualnie szara kulka o liczbie atomowej 80, na pierwszy rzut oka mająca wiele wspólnego z glutami typowymi dla wielu jRPG. Jaki to gatunek? Zagadek stricte chemicznych rozwiązywać nam tutaj nie przyjdzie, aczkolwiek mamy do czynienia z grą puzzlową, polegającą na zręcznościowych łamigłówkach. Mercury Hg powstało jako spuścizna dwóch bardzo udanych pozycji rodem z PSP i od razu powiem, iż transfer był jak najbardziej udany.
Etapy w podstawowym trybie Discovery ułożone są na wzór tablicy Mendelejewa, gdzie każdy pierwiastek odpowiada jednej planszy. Wybierając miejscówkę, przenosimy się na dość geometrycznie przedstawione podłoże, a naszym zadaniem jest umiejętne balansowanie tymże, aby przeprowadzić kulkę rtęci w miejsce przeznaczenia. W każdym z etapów do wypełnienia (oprócz standardowego przejścia) są trzy dodatkowe zadania – zdobycie odpowiedniego czasu, zebranie wymaganej ilości atomów oraz dotarcie do mety ze 100-procentową wielkością posiadanej rtęci. Tak, nasza srebrna kulka może się rozpaść, a więc ważne, aby odpadów pilnować jak oka w głowie. To wszystko daje nam cztery możliwe do zdobycia "punkty" (atomy) na poziom, a te służyć będą do odblokowywania kolejnych grup pierwiastków, czyli w rezultacie następnych poziomów.
Brzmi prosto? Po części tak właśnie jest, przede wszystkim dlatego, że nie musimy wykonywać wszystkich zadań w danym poziomie naraz. Jednak autorzy zrobili co w ich mocy, aby urozmaicić rozgrywkę - i chwała im za to. Co powiecie na rozmieszczone gdzieniegdzie po planszach magnesy (część odpycha naszą kulkę, część przyciąga)? Są także ruchome chodniki, ruchome klocki blokujące nam dostęp do części planszy, a faliste ukształtowanie terenu nie pozwala odetchnąć i przechylać podłoża w dowolny sposób – szybko wyrabiamy sobie wyczucie niezbędne do tego, by nie posłać naszej kulki w kosmos, czyli poza poziom. W części etapów będzie też trzeba rozdzielać rtęć na mniejsze elementy przy użyciu otoczenia, zabarwiać ją na różne kolory, a potem łączyć ponownie, otrzymując kolor konieczny do aktywowania platformy czy przekroczenia bariery. Nie można się tutaj nudzić, naprawdę.

Dodatkowo w trakcie gry odkrywamy poziomy bonusowe oraz wyzwania, które znów wymuszają inne podejście do zaliczania danego etapu. Te pierwsze polegają na pozbieraniu porozkładanych na mapce fiolek z rtęcią, zdobyciu 100% wielkości kulki, a następnie doprowadzeniu jej do mety. Nie ma tutaj limitu czasowego, ale należy bardzo uważać, gdyż nawet 1 stracony procent równa się powtarzaniu levelu od nowa.
Wyzwania to kilka poziomów z rzędu, podczas przechodzenia których musimy wypełnić postawione nam warunki – przykładowo należy zebrać całościowo 7 znajdziek oraz zmieścić się w czasie narzuconym przez twórców. Tu także porażka w którymkolwiek momencie oznacza zaliczanie całości od nowa. Ogólnie Mercury Hg oferuje naprawdę sporo zabawy, zwłaszcza dla lubiących masterowanie etapów – a jeśli jeszcze wam mało, w głównym trybie już teraz jest miejsce na dwa zestawy misji DLC.
Bardzo fajną opcją jest możliwość skorzystania z rozbudowanych list rankingowych, nie tylko w celu porównania swoich wyników z innymi, ale także aby ściągnąć tak zwanego "ducha", z którym następnie można się ścigać – da się to zresztą zrobić również w przypadku swoich własnych rekordów, jeśli chcemy je jeszcze troszkę wyśrubować. O dziwo podobała mi się zawarta w grze muzyka, choć różne odmiany electro to raczej nie to, czego słucham zazwyczaj. Tutaj jakoś to pasuje. Jeśli jednak rani wam uszy tego typu dźwięk, zawsze można włączyć w grze swoje nagrania, a pulsowanie ekranu do cięższych kawałków zaiste warte jest obejrzenia.

Muszę przyznać, iż niewiele spodziewałam się po grze za 400 MSP, która nie dość, że słabo reklamowana, to jeszcze należy do gatunku, którym twórcy w obecnych czasach niespecjalnie nas rozpieszczają. Nic to – przy 60 zwykłych planszach, dwudziestu bonusowych oraz dziesięciu zestawach wyzwań czas upływa miło, a zabawa jest wyśmienita. O ile tylko lubicie pozycje zręcznościowo-logiczne, nie zawiedziecie się. A tymczasem wracam do obcowania z rtęcią, która przy bliższym poznaniu wcale nie jest taka trująca, jak się powszechnie twierdzi. Chociaż wdychanie oparów chyba uzależnia, ale ciii...

Aby dodać komentarz zaloguj się. Jeśli nie masz konta, załóż je sobie.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.